Felietony ks. Piotra Brząkalika

Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła – 27.06.2021

Mili Państwo.

Usłyszeliśmy dziś, żeby tak rzec, taki trochę feministyczny fragment Ewangelii. Jesteśmy świadkami uzdrowienia dwóch kobiet: dorastającej córki Jaira i dojrzałej już kobiety.

Ta druga, gdy wszystkie zabiegi okazały się nieskuteczne, zawiódł rozsądek, własne siły, gdy zawiedli inni, jak pomyślała, tak zrobiła: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa.

Wystarczył dotyk, żeby ustał jej krwotok i poczuła, że jest uzdrowiona. Wydaje się, że wiara tej kobiety była tak trochę wymieszana z zabobonami. I tak często dzieje się  iw naszym życiu. Nasza wiara też nie zawsze jest czysta, często z domieszkę własnych wierzeń, nawet zabobonów. Mieszamy sakramenty z sakramentaliami. Ważniejsza bywa święconka od Rezurekcji i szczypta popiołu od postu. Nie rzadko traktujemy Pana Boga dość magicznie.

Nawet jeśli ta nasza wiara, jest o wiele mniejsza niż to ziarnko gorczycy, to może okazać się zupełnie wystarczająca.

W obu sytuacjach kluczowy jest dotyk, podanie ręki. To chyba najważniejsze i najprawdziwsze nośniki kontaktu między nami.

Dotyk i podana ręka, to jakby jedne z ważniejszych naszych luster. Jeden dotyk, jedno podanie ręki może dużo powiedzieć tak o nas, jak i o adresacie dotyku i podanej ręki. Za pomocą jednego gestu możemy rozpocząć jasną i przyjazną relację z bliźnim i przekazać mu to, co czadem trudno wyrazić słowami.

Myślę, że ostatni czas naznaczony pandemicznym ograniczeniem wręcz wykluczeniem dotyku i podania ręki z naszych relacji uświadomił nam, jak ważne To są gesty.

To zatęsknienie za dotykiem i podaną ręką jest szansą na ich oczyszczenie. Żebyśmy nie musieli ostrzegać się przed złym dotykiem, a ręce były gotowe do podania, a  nie zaciśnięte do wygrażania.

Vladimir Nabocov pytał: czy to nie dziwne, że zmysł dotyku, tak nieskończenie mniej ceniony przez ludzi od wzroku, staje się w krytycznych momentach naszym głównym, jeżeli nie jedynym, kluczem do rzeczywistości? Może więc warto, a nawet należy odświeżyć, a może wręcz odbudować w naszych relacjach znaczenie dotyku i podanej ręki.

Felieton dla TVP3 Katowice – 27.06.21 – (Mt 5,21-43 lub Mk 5,21-24.35b)


Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? – 20.06.2021

Drodzy widzowie.

Słyszymy dziś pełen emocji zarzut wręcz wykrzyczany Jezusowi: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? I nawet trudno się dziwić takiej ich reakcji. Zerwał się gwałtowny wiatr. Fale obijały łódź, że już nabierała wody. A On sobie smacznie śpi w tyle łodzi.

Pewno każdy by tak zrobił. I my też tak robimy. A nie? Panie Boże tyle krzywdy, tyle zła, prześladowań, niesprawiedliwości, chorób, a Ty śpisz? A może Ciebie nie ma? Słychać  coraz głośniej i częściej.

 Tyle tylko, że sama tylko obecność Pana Boga w naszym życiu nie ochroni nas przed przeciwnościami, niebezpieczeństwem i życiowymi burzami, tak jak sama obecność Jezusa w łodzi nie uchroniła uczniów przed gwałtownym wiatrem i falami zalewającymi łódź.

To trochę tak, jak między rodzicami i dziećmi. Czy sama obecność rodziców w życiu dzieci ochroni je przed niepowodzeniami, złymi wyborami i życiowymi zakrętami? Oczywiście, że nie. Choć pewno bardzo by chcieli. 

Warto zdać sobie sprawę, że wiara sama z siebie nie zabezpiecza, i nie chroni przed życiowymi uwikłaniami i perturbacjami.

Tak jak i sakrament małżeństwa sam z siebie nie chroni przed nałogami, zdradą czy rozpadem, tak i też święcenia kapłańskie nie są żadną zbroją czy kombinezonem ochronnym i same z siebie nie zabezpieczą przed sprzeniewierzeniem, zgorszeniem i zepsuciem.

Mnie się zdaje, że wiarę, sakramenty od chrztu przez spowiedź, komunię, bierzmowanie po małżeństwo i kapłaństwo traktujemy trochę tak, jak tamci tego śpiącego Jezusa.

Dopóki wszystko jest dobrze, po naszej myśli to niech sobie śpi, przynajmniej się nie wtrąca,  ale jak się wali, jest pod wiatr, to oczywiście larum na całego – czy Cię nie obchodzi?… 

Święta Katarzyna Sieneńska napisała w Dialogu tak: Ci, którzy pokładają nadzieję w sobie samych, boją się zawsze. Lękają się własnego cienia i pytają ciągle, czy nie zabraknie im nieba i ziemi.

I tak jest i będzie z nami zawsze, kiedy o uśpionych wierze i sakramentach przypominać sobie będziemy, jak oni o śpiącym Jezusie w czas burzy.

A może to stąd wzięło się to nasze: jak trwoga, to do Boga? Nie wiem tylko, kto tu jest bardziej zaspany i kogo trzeba budzić? Może już czas obudzić uśpioną wiarę i zaspaną sakramentalność?

Felieton dla TVP3 Katowice – 20.06.2021 – (Mk 4,35-41)


Zasiane ziarno ma samo w sobie naturalną mądrość – 13.06.2021

Szanowni Państwo.
Dzisiejszej niedzieli usłyszeliśmy przypowieść o zasiewie. Mogłoby się wydawać, że ten prosty rolniczy obraz nam miastowym ma już nie wiele powiedzenia. A jednak ma i to więcej niż się spodziewamy.
Dowiadujemy się, że to zasiane ziarno ma samo w sobie naturalną mądrość, wewnętrzną logikę, siłę wzrostu. Ono rośnie niezależnie od tego, czy siewca śpi czy czuwa. A po zasianiu on nie ma już wpływu na to, co się z nim dzieje, rośnie czy usycha?
Wzrost ziarna zupełnie od niego nie zależy. Pozostaje mu czekanie na wyniki, które są nieprzewidywalne.
Okazuje się, że wcale nie najważniejsza jest aktywność siewcy, a odwrotnie jego pasywność!
No właśnie, jak tu się zgodzić, że nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystko tak do końca od nas tylko zależy. A z tym zdaje się mamy nie lada problem.
Przecież bardzo lubimy wpływać na wszystko i na wszystkich. Na dodatek w cenie jest przede wszystkim skuteczność, planowanie, kontrolowanie, aby nic nie działo się poza nami, naszym wpływem i nadzorem.
Może to po to trafiła nas pandemia? Żebyśmy trochę spokornieli? I nareszcie zdali sobie sprawę, a przynajmniej zaczęli, że to tylko nam się tak zdaje, że trzymany wszystkie cugle w ręku i sroki za ogon.
No i jeszcze coś. W tę logikę najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie wpisane jest czekanie. A czekać to nic innego, jak tylko dać czas czasowi.
No właśnie. Nie poganiać, nie popędzać czasu. A zdaje się, że tak właśnie jest. Bo przecież trzeba dogonić, dorównać, nadrobić.
Jasne, pandemia trochę nas przyhamowała. Chcąc nie chcąc zwolniliśmy.
Razem jednak z jej spowalnianiem, co już słychać i widać, zaczynamy przyśpieszać, ponaglać czas, żeby jak szybko się da wyrównać braki, odrobić straty i zrekompensować sobie, co się tylko da.
Tyle tylko, że to może być ślepy zaułek, bo pośpiech zwykle jest złym doradcą, i jak podpowiada przysłowie: co nagle to po diable, a wtedy łatwo pomylić ważne z ważniejszym.
A to nam się zdarza.

Felieton dla TVP3 Katowice – 13. 06. 2021 – (Mk 4,26-34)


To dziwny Nauczyciel – 6.06.2021

Drodzy widzowie.
Przeciwnicy Jezusa wytaczają zarzuty ciężkiego kalibru. Uważają, że jest opętany. Działa wbrew Bogu i jest wpływem szatana. Dlaczego aż tak? To dziwny Nauczyciel. Wprowadza nowe porządki: siada do stołu z celnikami burząc utrwalone konwenanse społeczne. A kiedy ówcześni hierarchowie głównie dzielą włos na czworo i mnożą szabatowe wymogi, On na odwrót, mówi że szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Burzy im religijny porządek. Na dodatek, za dużo tych uzdrowień i rosnącej popularności. To musiało budzić zazdrość i wrogość.
Jasne, ci ówcześni hierarchowie działają też w imię dobra, w zgodzie z własnym rozumieniem i interpretacją Prawa. Czują się, jak wyzwani do konfrontacji. Przecież pilnują porządku, służą ludowi. Nawet pofatygowali się do Kafarnaum aż z Jerozolimy, a to kawał drogi. Widać, to dla nich ważna sprawa. Bronią utrwalonej religijności i obrzędowości, szukają spokoju i religijnej stabilizacji. Gotowi dobro nazywać złem, byle uniknąć nawrócenia i otwarcia na nowe.
Jakież to ludzkie, nawet nasze. Nas też niepokoi każde odejście od religijnej rutyny i schematu. Jesteśmy dziećmi przyzwyczajenia do obrzędowości. Szukamy szybkiego i nieskomplikowanego wyjaśnienia tego, co odbiega od normy, jakkolwiek ją rozumiemy. Bardzo podatni jesteśmy na emocjonalne, często niesłuszne, skojarzenia i domysły.
Kiedyś myślałem, że najbardziej oburza nas złe zachowanie ludzi. Dzisiaj nie jestem tego taki pewien.
Jeśli jakiś uczeń pilnie przykłada się do nauki, to koledzy przykleją mu łatkę kujona. Jeśli pracownik jest sumienny i twórczy, to pewnie lizus i przychlebia się szefowi. Jeśli ktoś częściej jest na Eucharystii, to pewnie dewot.
Grzech przeciwko gorliwości to chowanie głowy w piasek, byle tylko nie stracić czegoś ważnego, choć wcale nie najważniejszego.
Grzech przeciwko Duchowi Świętemu to dopatrywanie się zła tam, gdzie go nie ma.

Felieton dla TVP3 Katowice – 06. 06. 2021. – (Mk 3,20-35)


1+1+1 równa się 1 – 30.05.2021

Mili Państwo.

Prawda o Trzech Osobach Boskich przerasta naszą racjonalność – to oczywiste. Zamiast się tym przerażać, może warto zafascynować? Jasne, staramy się ją opisać, na czym polega. Próbujemy zrozumieć, jak to możliwe, żeby 1+1+1 równało się 1.

Z religii wiemy, że Trójca to jeden Bóg w trzech Osobach. To właściwie jak to jest? Próbowano to jakoś zilustrować: św. Patryk obrazem trójlistnej koniczyny; ktoś inny przez trzy zapalone zapałki zetknięte razem i płonące jednym ogniem. Ale te obrazy tylko przybliżają do tej prawdy.

Rozejrzymy się wokól. Widać, jak jedni bardzo potrzebują bliskich więzi z innymi, innym łatwiej przychodzi trzymać bliźnich na dystans. Pogodzić te dwie skłonności nie jest łatwo.

I o dziwo doskonałym przykładem bliskości – a zarazem odrębności – jest właśnie Trójca Święta. To najlepszy przepis na właściwe proporcje między dystansem i bliskością.

Okazuje się, i to na poziomie najwyższym, że da się pogodzić bliskość z odrębnością, i że one wcale się nie wykluczają.  

Jeśli to możliwe na poziomie Boskim, to czemu z takim trudem, jeśli w ogóle,  przychodzi to na poziomie ludzkim?

Pewno przyczyn jest wiele. Przywołam jedną. Mianowice bliskość. Lubimy używać tego słowa, ale nie wiem, czy tak do końca wiemy co się za nim kryje, rozumiejąc ją przez to opacznie. Najczęściej w kategoriach zewnętrzno cielesnych, rzadko, coraz rzadziej, wewnętrzno duchowych.

Bliskość to często słowo wytrych. Niby oczywiste, niby wszyscy wiedzą, ale koniec końców nie ma jasności czym naprawdę jest.

Najczęściej wiążemy ją tylko z tą częścią człowieka, która nam się podoba, którą akceptujemy. A taka prawdziwa bliskość to bycie z kimś, kto nie jest szczególny, wyjątkowy, a pomimo to dzieje się dobro w tej relacji.

Ta prawdziwa bliskość to taka, kiedy ludzie znają swoje zalety, ale i wady, jednak przeciwko sobie ich nie wykorzystują. A ponieważ dziś, powszechnością jest wykorzystywanie przeciwko sobie tak wad, jak i zalet więc i bliskości wcale.

Felieton dla TVP3 Katowice – 30. 05. 21 – (Mt 28, 16-20)


Wniebowstąpienie Pańskie – 16.05.2021

Świąteczno niedzielnie wspominamy Wniebowstąpienie Pańskie. Gdyby zrobić w naszym religijnym kalendarzu taki szybki przegląd ważności świąt, to łatwo zauważymy, że Wniebowstąpienie Pańskie poczesnego miejsca jednak w nim nie zajmuje.

Najważniejsze to oczywiście Boże Narodzenie. Ono elektryzuje, przykuwa uwagę zewnętrznie aż nadto opakowane. Potem Wielkanoc, choć to ona powinna być pierwsza, w centrum, wszak zmartwychwstanie, to sedno, rdzeń naszej wiary. Zesłanie Ducha Świętego trzecie, szczególnie widziane w kontekście początku Kościoła i własnego Bierzmowania. A Wniebowstąpienie tak trochę jakby na zapleczu, w drugiej linii.

Szkoda, że umyka naszej uwadze święto wznoszenia oczu ku górze. Bo to jest naprawdę niesamowite. Bóg w osobie Jezusa z nieba przychodzi na ziemię, żeby przez ziemię wrócić do nieba.

Wznieść oczy ku górze. Zobaczyć perspektywę, horyzont. Zdaje się, że to jest jakaś szczególna potrzeba naszych czasów, bo coraz częściej nasz wzrok skupiamy na tym tylko, co pod nogami, w najbliższej przestrzeni i w krótkiej perspektywie. Coraz częściej sprawiamy wrażenie, jakby doraźność, teraźniejszość, krótko perspektywiczność nas przytłaczała utrudniając podnoszenie oczu ku górze.

Żeby jednak móc wznosić oczy ku górze w sprawach fundamentalnych, dobrze jest zacząć od zupełnie przyziemnych i poszerzyć swoje widzenie poza swój własny dom i koniec nosa, bo wcale nie jest tak, że jeśli mnie z innymi jest dobrze i bezpiecznie, to i innym, i to z najbliższego sąsiedztwa, jest ze mną tak samo dobrze i bezpiecznie.

Odważmy się częściej wznosić oczy ku górze, nie żeby zadzierać nosa, choć to przychodzi nam najłatwiej, ale żeby zobaczyć dalej, w szerszej czasowej i przestrzennej perspektywie wbrew coraz mocniej przytłaczającej nas doraźności. A wtedy też i siebie zobaczymy w innych, prawdziwszych proporcjach tak wobec bliźnich i siebie samych.

Felieton dla TVP3 Katowice. – 16. 05. 21. – (Mk 16,15-20)


Nikt nie ma większej miłości… – 9.05.2021

Szanowni Państwo.

Padają w dzisiejszej Ewangelii mocne, bardzo mocne słowa: Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy kto życie swoje oddaje… Słysząc je pewno ciarki przechodzą nam po plecach.

 Ponieważ to wymaganie rozumiemy bardzo dosłownie, to wydaje się być nie do spełnienia. Tyle, że to dotyczy sytuacji nadzwyczajnych. Taką okazję miał św. Maksymilian Kolbe, 108 męczenników II wojny światowej, czy Maria Biernacka, rozstrzelana w miejsce synowej w ciąży, co też uprosiła. Ryzykują życie ratujący zasypanych górników, uwięzionych przez pożar, zagubionych w górach, pielęgnujący chorych na cholerę, dżumę, czy covid.

Tymczasem rzadko który człowiek, co zauważył już św. Grzegorz Wielki, ma w ogóle szansę oddać życie za bliźniego.

I pyta: czyżby więc nauka Pana Jezusa o oddaniu życia za przyjaciół była pustym słowem, która większości z nas nie dotyczy?

I sam też odpowiada, a przypomnę, żył prawie 1500 lat temu: wszyscy, i to na co dzień, jesteśmy powołani do poświęcania naszym bliźnim swojego serca, swego czasu, niekiedy też pieniędzy.

 Oddawaniem życia jest także radowanie się sukcesem, powodzeniem, dobrem bliźniego także, a może przede wszystkim wtedy, kiedy nam samym podobnego nie udało się osiągnąć, mimo że się staraliśmy.

I w tym kontekście bardzo trafne i wiele mówiące jest to zdanie: oddać życie dla dzieła kogoś innego. No właśnie.

Z tym oddawaniem życia jest trochę tak, jak z solą, o której ktoś napisał tak: Nikt nie podziwia soli samej w sobie. Ona czeka na to, by ją dodać do potrawy. Po dodaniu także nikt nie mówi o smacznej soli, tylko o smacznym daniu. Sól pozostaje w cieniu.

Oddawanie życia, to być dla bliźniego, otoczenia, środowiska, towarzystwa jak sól, dając ich życiu smak, samemu pozostając w cieniu.

Teraz rozumiem to Jezusowe: wy jesteście solę ziemi… Tylko czy jesteśmy? Mam bardzo poważne wątpliwości. Jeśli zaś nie jesteśmy, bo zwietrzeliśmy, to też nie ma się co dziwić coraz większej jałowości nie tylko własnego życia.

Felieton dla TVP3 Katowice. – 09. 05. 21. – (J 15  9-17)


Trwać – 2.05.2021

Mili Państwo.

W przypadającym na dziś fragmencie Janowej Ewangelii moją uwagę przykuło jedno słowo. W tych ledwie 8 wersetach aż 6 razy powtarza się słowo trwać.

I to mnie zaintrygowało. Zacząłem liczyć. Pobieżnie tylko licząc wyszło mi, że w Ewangeliach słowo trwać w różnych konfiguracjach pojawia 14 razy, a w Dziejach Apostolskich i Listach 89 razy. W sumie tylko w Nowym Testamencie, to prawie 100 razy.

I pomyślałem, że to musi coś znaczyć.

Przywołam parę tylko cytatów: „przez swoją wytrwałość ocalicie (…) życie…”, „kto miłuje swego brata (…) trwa w światłości”…, „bądźcie wytrwali i niezachwiani…”, „miejcie wytrwałą miłość jedni ku drugim…”, „szlachetny (…) człowiek zamierza rzeczy szlachetne
i trwa statecznie w szlachetnym działaniu…”.

 A jeśli tak, to zdaje się  recepta nie tylko na życie wieczne, ale i na udane życie na ziemi wydaje się być dość prosta – wystarczy trwać! Jednak każdy z nas, kto próbował, albo próbuje, w co chcę wierzyć, dobrze wie i o czym się pewno nie raz przekonał, że to chyba najtrudniejsza życiowa praktyka, szczególnie naszego dzisiejszego życia, w którym trwałości, wytrwałości, stałości, a w konsekwencji i wierności, jak na lekarstwo.

Pan Bóg, Kościół, nie tylko przykazania, ale już i zasady, prawda, dobro wspólne, prawość, zwykła przyzwoitość, inaczej myślący i żyjący, skądinąd pochodzący przeszkadzają, uwierają, nie pozwalają cieszyć się pełnią tutejszego, ziemskiego życia, o staraniu się o to przyszłe nawet nie wspominając.

Nasze życie jest coraz bardziej rozedrgane, rozdygotane i rozchwiane, co nie tylko że coraz mocniej czujemy, ale i też coraz częściej i głośniej o tym mówimy.

Tyle tylko, że ono nie może być inne, skoro trwałość, wytrwałość, wierność i stałość zastąpiliśmy zmiennością i zamiennością, chwiejnością, niewiernością i niestałością. I dotyczy to wszystkiego i we wszystkim.    

Calvin Coolidge, amerykański polityk, powiedział kiedyś tak: Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość jest wszechmocna. Chyba czas najwyższy, żeby z nią się przeprosić.

Felieton dla TVP3 Katowice – 02. 05. 2021 – (J 15,1-8)


Chrystus Dobrym Pasterzem – 25.04.2021

Szanowni Państwo.

W katakumbach św. Kaliksta, najstarszym cmentarzu chrześcijańskim w Rzymie można zobaczyć pierwszy chyba, bo z połowy II w. naszej ery, wizerunek Chrystusa – dobrego pasterza, niosącego na ramionach zagubioną owcę.

To fakt, kogoś musimy sobie obrać za pasterza, przewodnika, na kim chcemy się oprzeć, komu zaufać. Każdy na kimś jest oparty i na każdym z nas ktoś się opiera.

Tak mi się zdaje, że kandydatów na liderów i pasterzy jest bez liku. Chętnych by przewodzić, pasterzować, prowadzić aż nadto. Robią wszystko byśmy ich posłuchali, za nimi poszli. Wszyscy chcą prowadzić i przewodzić, a mało kto chce być prowadzonym.    

Logika dzisiejszych kandydatów na pasterzy oparta jest przede wszystkim na obiecywaniu, a miarą dobrego pasterza jest odwaga na decyzję wizerunkowo i popularnościowo nieopłacalną.

            Oferujący nam siebie za liderów i pasterzy mają zwykle usta pełne słów, okrągłych zdań, obietnic, które zresztą sami chcemy słyszeć i które łechcą nasze uszy.

Ten wzorcowy pasterz nie kalkuluje, nie opowiada, jak trudna decyzja przed nim, ile ryzykuje, tylko ją podejmuje, bo idzie o dobro, bezpieczeństwo i to nic, że czasem tylko pojedyncze. 

            Im bardziej przyglądam dzisiejszym pasterzom i liderom, i tym bardzo chcącym nimi być, mam przed oczami przeciwieństwo pasterza – najemnika. Może dlatego, że jego ambicją jest osobisty sukces, a to dziś najważniejsze. Może przez to, że chłodna kalkulacja opłacalności ważniejsza jest niż empatia i współczucie.  I dlatego najpierw zadba o siebie, nawet dezerterując niż o dobro jemu powierzonych w zgodzie zresztą z logiką pierwszeństwa myślenia i dbania o siebie.   

            Mam wrażenie, że w dzisiejszych różno środowiskowych pasterzach i liderach, więcej jest niestety z najemnika niż z dobrego pasterza, więcej z logiki wynajęcia niż powołania. 

Może dlatego coraz trudniej przychodzi nam rozpoznać i powiedzieć o kimś: to jest Ktoś. Bo to nie urząd czy funkcja czynią kogoś Kimś, osobowością, a sposób jej sprawowania. Ile w nim z pasterza, a ile z najemnika.  Jasne, potrzebujemy pasterzy nie najemników, ale to wymaganie musimy postawić też sobie. Bądźmy więc wzajemnie dla siebie bardziej pasterzami niż najemnikami.

Felieton dla TVP3 Katowice. – 25. 04. 2021. – (J 10,11-18)


Macie tu coś do jedzenia? – 18.04.2021

Mili Państwo.

Wyobrażam sobie ich osłupiałe oczy i zastygłe twarze, kiedy usłyszeli to pytanie Zmartwychwstałego: Macie tu coś do jedzenia? On nie tylko zapytał, ale częstował się na ich oczach.

I to w Jezusie jest niesamowite. Przy całej swojej niezwykłości: uzdrawiania, rozmnażania, wskrzeszania i wzniosłości nauczania ośmioma błogosławieństwami i przebaczania nawet wrogom, pozostaje posolicie, nawet banalnie ludzki.

Nie tylko przez to pytanie, ale jedzenie pieczonej ryby pośród tak ważnych i ostatecznych spraw coś nam chce powiedzieć, a może i pokazać? A że na pewno chce, to oczywiste.

Może po prostu tylko tyle i aż tyle, żebyśmy w naszym katolicyzmie nie zapominali o prozaiczności bycia ludźmi. Tak, tak.

Ktoś bardzo trafnie napisał, że człowieka można poznać po ramieniu, po tym, jak patrzy, jak się uśmiecha, ile ma dobra w oczach. A przede wszystkim w sytuacjach zaskakujących, skrajnych, nieoczekiwanych. Czy przyjdzie w gorączce, czy przyniesie leki, czy stanie po dobrej stronie, wytrze łzy, przyniesie herbatę, kawę, cokolwiek. Jaka będzie jego ręka, kiedy zdarzy się Twój sukces, jakie będzie serce. Zazdrosne czy dobre? Człowieka można poznać po tym, jak mocno się dzieli i jak mocno przeżywa. Po wrażliwości w dłoniach. Po uśmiechu w duszy.

I o to właśnie chodzi, o nic innego, żeby żyć tymi wszystkim prozaicznościami życia, jak On, nawet po zmartwychwstaniu.

Może warto sobie przypomnieć, odświeżyć, bo chyba zapomnieliśmy, kiedy jest się człowiekiem?  Antoine de Saint-Exupéry w „Ziemi, planecie ludzi” pisze, że być człowiekiem to być odpowiedzialnym. To znać uczucie wstydu w obliczu nędzy, nawet tej nędzy, której nie jesteśmy winni. To odczuwać dumę ze zwycięstwa odniesionego przez kolegów.

Święta prawda. Jeśli więc coraz mniej jesteśmy dla siebie ludźmi, a jesteśmy, to właśnie dlatego, że nie czujemy już wstydu w obliczu nędzy, a o tej której nie jesteśmy winni nawet nie wspominając i nie potrafimy i nie chcemy cieszyć się zwycięstwami kolegów.

W naszym chrześcijaństwie naprawdę nie musimy wymyślać Bóg wie czego. Ono nie potrzebuje naszych obrzędowo ceremonialnych fajerwerków.  W chrześcijaństwie nie chodzi o bycie dla siebie ludzkimi od święta, a o codzienność człowieczeństwa prozaiczną i banalną.

Felieton dla TVP3 Katowice. – 18. 04. 21. – (Łk 24,35-48)


Już po Oktawowo, ale jeszcze Wielkanocnie

Drodzy Widzowie.

Tomasza, nieobecnego owego pierwszego dnia tygodnia razem z uczniami, kiedy przyszedł Jezus mimo drzwi zamkniętych powszechnie nazywamy niedowiarkiem. Traktujemy go i z jednej strony jest dla nas jak modelowy przykład niewiary, a z drugiej budzi sympatię i ma u nas względy. Może to dlatego, że nie obce nam są podobne wątpliwości i wahania.

Tak naprawdę Tomasz przez swój realizm jest nam bardzo bliski. On nie buja w obłokach, w świecie iluzji, twardo stąpa po ziemi. Ma serce wrażliwe, ale jest praktyczny; ufa swojemu rozsądkowi. I dlatego się, waha, ma wątpliwości…

Nie wierzy kobietom, mówiącym o zmartwychwstaniu, nie wierzy kolegom Apostołom, twardym i zahartowanym ciężką pracą. Nawet własnym oczom nie ufa. Chce wszystkiego dotknąć. Zawiódł się na Jezusie. Zawiódł się na Przyjacielu. Był to zawód tak bolesny, że nie chciał podjąć ryzyka.

On żyje w każdym z nas, zwłaszcza, gdy dotyka nas zranienie, rozczarowanie, zawód, fiasko, niespełnione oczekiwania… To jest bariera, co podcina zaufanie, zamyka w sobie, i buduje ochronne pancerze…

Na dodatek żyjemy dziś w świecie techniki i najważniejsze jest tylko to, co możemy zobaczyć, zważyć, zmierzyć, zanalizować, przeliczyć… Na pierwszym miejscu jest rozum i zmysły. N tajemnicy, ciszy, intuicji, zdziwienia…

Tak jak Tomasz my też, chyba jak nigdy dotąd potrzebujemy od siebie nawzajem cierpliwości. To niecierpliwość jest naszym wrogiem numer. I po to powinniśmy się uczyć akceptować błędy, pomyłki, upadki, niedoskonałości, wątpliwości w wierze, trudności i konflikty. To nie są przeszkody, które trzeba natychmiast usuwać. To są raczej „środki” do naszego wzrostu.

W życiu wcale nie jest najważniejsza doskonałość moralna czy perfekcjonizm duchowy, a tak nam się często zdaje i dlatego wstydzimy się wątpić.

A Erich Remarque napisał tak:

trzeba wierzyć. Wierzyć. Cóż innego nam pozostaje?
– W co?
– W Boga. I w dobro, które tkwi w ludziach.
– Czy pan nigdy nie wątpił?
– Owszem, często. Jakżebym inaczej mógł wierzyć?
I może jeszcze za Lwem Tołstojem: Wątpliwości nie rujnują wiary, lecz ją umacniają.

Felieton dla TVP3 Katowice. – 11. 04. 21. – (J 20,19-31)


Wielki Tydzień skłania do refleksji

Szanowni Państwo.

Przed nami ostatnia prosta Wielkiego Postu. Między wjazdem do Jerozolimy, a Wielkim Piątkiem mija ledwie pięć dni. Entuzjastyczne „Hosanna” i słanie palmowych gałązek od okrzyków „ukrzyżuj,” i gestów pogardy dzielą tylko godziny.

Przyjmowali Go jak króla i na oścież otwierali przed Nim bramy Jerozolimy. Pewno liczyli, że rozwiąże ich problemy, zapewni dostatnie życie, i będą potężni. Ucieleśniał ich pragnienia. Ale kiedy stanął przed nimi bezbronny, upokorzony, niemający nic ani z króla i mesjasza, poczuli się do imentu rozczarowani.

Taki, to nie spełniał ich nadziei. Łatwo podburzeni szybko się odwrócili i wyrzucili Go na śmietnik. Bo Golgota to był wtedy śmietnik Jerozolimy.

„Hosanna” bardzo szybko zamienili na „ukrzyżuj”. Niestety, zdaje się, że jesteśmy do nich coraz bardziej podobni. Tak, tak. Kiedy myślę o tej niestałości, chwiejności ich nastrojów przypomina mi się mój Tata, śp. Alojzy, który często powtarzał, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ.

Ta kibicowska stadionowa logika niby niepostrzeżenie, mimochodem ale bardzo sprawnie opanowała już chyba, i to na dobre, wszystkie przestrzenie naszego życia i społecznego, i politycznego, rodzinno małżeńskiego i kościelnego też.     

Łatwo i szybko wynosimy na piedestały, stawiamy na cokołach, i równie szybko stamtąd z hukiem zrzucamy.

Bez większego trudu przychodzi nam zamieniać komplementy na ubliżanie, afirmację na hejt. Wystarczy, żeby tylko nie spełnią naszych oczekiwań.

Cieniutka jest granica między miłością a nienawiścią. Wystarczy jeden krok.

Victor Hugo powiedział kiedyś, że im mniejsze serce, tym więcej nienawiści. I ma rację. Tak, tak, karleją nam nasze serca, ale jeśli tak, to też nie ma się co dziwić, że tak naprawdę to w drugich chcemy widzieć i kochać nie ich, tylko samych siebie.

A szkoda, bo nienawiść zawsze prowadzi nas na dno, a tylko miłość… potrafi chodzić po wodzie.

I jeszcze za Orwellem: Im dalej społeczeństwo dryfuje od prawdy, tym bardziej nienawidzi tych, którzy ją głoszą. Może więc warto, na pewno warto, jak podpowiada Zygmunt Freud nie mieszać miłości z nienawiścią, co ponoć tylko ludzie to potrafią.

Felieton dla TVP3 Katowice – 28. 03. 21. – (Mk 14,1-15.47; Mk 15,1-39)