Felietony ks. Piotra Brząkalika

Gdyby Bóg przyszedł na świat i tylko stał się jednym z nas … – 09.01.2022

Mili Państwo.

Dzisiejszą niedzielą – Chrztu Pańskiego liturgia zamyka świętowanie Narodzenia Pańskiego. Liturgiczna bliskość narodzenia Jezusa z wydarzeniem, jakieś trzydzieści lat późniejszym, kiedy był już dorosłym, może dziwić. A może w ogóle nas to zastanawia? 

Jest taka żydowska pieśń śpiewana w czasie Paschy „Dayenu”, co znaczy tyle co „wystarczyłoby”. Przeczytałem gdzieś bardzo trafne odniesienie tej pieśni, tego „dayenu” – wystarczyłoby – do dzisiejszej niedzieli. Gdyby Bóg przyszedł na świat i tylko stał się jednym z nas, to już by wystarczyło. I to, że jak powie św. Paweł tak „uniżył samego siebie, stając się podobnym do nas”, to też by już wystarczyło, żeby się przekonać, że naprawdę jest Bogiem z nami. Ale On poszedł dalej.

Chrzest od Jana to chrzest nawrócenia. Przyjmujący go, publicznie uznawali siebie za grzeszników. A Jezus nie będąc grzesznikiem stanął w Jordanie jako jeden z nich. Więcej, jako jeden z nas. To jest niesamowite. To jest Bóg z nami.

Tak bardzo z nami, że sam bezgrzeszny stanął między grzesznikami. To jest Mesjasz. On się nie izoluje, nie boi się tych, którzy są brudni. Ryzykował. Dał argument przeciw sobie. Tak bardzo jest Bogiem z nami, że nie boi się stracić twarzy, zaryzykować autorytetem, narazić na zniesławienie…

A my? Jak bardzo się pilnujemy, żeby tylko nie stracić twarzy, broń Boże sobą nie zaryzykować, o autorytecie nawet nie wspominając. Najważniejsze to przecież być przez wszystkich lubianym i akceptowanym nawet za cenę poglądów i zachowań jak chorągiewka.  

I w takiej chwili słychać to: „Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie”. Sceneria doprawdy stosowna. Zmętniałe wody Jordanu, rzesza pobrudzonych dosłownie i w przenośni grzeszników,

 Pan Bóg nie odgradza się od grzesznika. Bo jest z nami. To jest nasza Dobra Nowina. I wcale nie z nami ugrzecznionymi, świętoszkowatymi, na wskroś poukładanymi, ale z nami grzesznymi. Nie lubi i nie toleruje grzechu – to jasne, ale chrzest Jezusa w Jordanie pokazuje, że i grzesznik to Jego dziecko. I dzięki Bogu.

Felieton dla TVP3 Katowice – 09.01.2022 – (Łk 3,15-16.21-22)


Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. – 02.01.2022

Szanowni Państwo.
Usłyszeliśmy dziś: „Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.” Pan Bóg stwarzając świat „oddzielił światłość od ciemności”, aby dać nam nowe życie.
Dostaliśmy punkt odniesienia dla oddzielania światła od ciemności, czyli dobra od zła. I tym punktem odniesienia jest nie kto inny, jak tylko Jezus. Kto nie oddziela światła od ciemności, czyli dobra od zła, ten traci, o czym nie raz się już przekonaliśmy. I nie może być inaczej. Bo to wbrew Stwórcy, który zaczął stwarzanie od rozdzielenia tych dwu rzeczy.
Jeśli chcemy naprawdę dobrze żyć, to musimy mieć jasność co do dobra i zła. Nie możemy w nieskończoność eksperymentować, kompromisować ze złem i uczyć się na własnych błędach. A zdaje się, że mamy coraz mniejszą jasność co dobre, a co złe i już nawet przestajemy uczyć się na własnych błędach.
Boże Narodzenie, które tak lubimy przypomina nam, że Pan Bóg nie rzuca słów na wiatr. Nie potrafi oddzielić swojego Słowa od czynu. To tylko my tak mamy, że co innego słowa, a co innego życie.
Może dlatego mamy takie problemy z usłyszeniem Pana Boga, siebie nawzajem, nawet samego siebie? Zdaje się, że weszło nam już w krew słuchanie słów, które nie pokrywają się z życiem. Niestety dla nas słowo oznacza już coś zupełnie innego niż dla Pana Boga. I to pewno stąd brak komunikacji między Nim a nami, między nami i z samym sobą.
Ta Bożonarodzeniowa świąteczność to dobra okazja, żeby na nowo nawiązać komunikację z Bogiem, między sobą i z sobą samym. Żeby tak się stało, to wpatrujmy się z uwagą w Betlejemską stajenkę. Co się tam stało? Może nauczymy się nowego, Bożego języka?
Bo „bez Niego nic się nie stało, co się stało”. To, co nie ma ostatecznie swego źródła w Panu Bogu jest nietrwałe, czego też codziennie doświadczamy. On nie angażuje się w coś, co nie jest dobre i dlatego to, co nie jest dobre nie jest też trwałe. I dzięki Bogu!
Ale jeśli tak, to zło wyrządziliśmy i które nam wyrządzono, nie jest trwałe.
I nie podtrzymujmy sztucznie istnienia tego, co jest złe. To jest bez sensu. Trwałe jest tylko dobro. Od słów poczynając, bo na początku zawsze jest słowo. Nie zapominajmy o tym.

Felieton dla TVP3 Katowice – 02.01.2022 – (J 1,1-18)


W czasie dorocznej pielgrzymki do Jerozolimy Jezus po prostu zniknął i to bez słowa. – 26.12.2021

Drodzy widzowie.
Kalendarz podarował nam w tym roku wyjątkową bliskość Bożego Narodzenia i Święta Św. Rodziny. I ta Rodzina jest często stawiana naszym za wzór kochającej się rodziny, wzór pobożności i wewnątrz rodzinnych relacji.
A tym czasem dziś jesteśmy świadkami jej rodzinnego kłopotu. W czasie dorocznej pielgrzymki do Jerozolimy Jezus po prostu zniknął i to bez słowa. Kiedy Maryja z Józefem zorientowali się, że nigdzie Go nie wracają i szukają dzień, drugi, trzeci.
Wyobraźmy sobie ich strach i przerażone oczy. Jezus zafundował im niezłą porcję stresu. Jak nie jeden dzisiejszy nastolatek.
Okazuje się, że nawet Święta Rodzina mogła zgubić Jezusa. Więcej można Go zgubić i gubimy na pielgrzymkach, w święta, czy praktykując pobożność.
Jasne, łatwiej znaleźć Jezusa w tabernakulum niż zobaczyć Go mężu, żonie, dzieciach, rodzicach, sąsiadach – w bliźnim. Łatwiej znaleźć Go na nabożeństwie, bo to oczywiste, że wtedy jest, zdecydowanie trudniej w codzienności, w obowiązkach, w rutynie.
Jerozolima – tam była świątynia, tam przychodziły pielgrzymki, tam było centrum życia religijnego i społecznego. To była stolica, to miasto dla Mesjasza.
A Nazaret? Mała, senna, zapyziała mieścina. Niczym się nie wyróżniała. I to właśnie tam Jezus przeżył trzydzieści z trzydziestu trzech lat. Zdecydowana większość Jego życia to życie na prowincji, w zwykłej codziennej rzeczywistości. I to nie jest bez znaczenia.
To nie jest tak, że tylko trzy ostatnie lata są ważne i kluczowe, a poprzednie to było tylko czekanie na wielkie wydarzenia. Ta proporcja trzy do trzydziestu oddaje i nasze życie. Większość naszego czasu to rutyna i codzienność.
Widać, że rutyna, codzienność też może być i jest święta. To tu trzeba szukać Jezusa. Zdaje się, że mu nie lubimy codzienności, jej powszedniości nastawieni tylko na świąteczność, wyjątkowość, nadzwyczajność, szczególność.
Warto cieszyć się zwykłą codziennością, bo to ona wypełnia większość naszych dni. A prawdziwa mądrość życia, to dostrzeżenie wspaniałości dnia codziennego. I tego nam dziś bardzo potrzeba.

Felieton dla TVP3 Katowice – 26.12.2021 – (Łk 2,41-52)


Gdzie miłość wzajemna i dobroć, tam znajdziesz Boga żywego – 19.12.2021

Drodzy widzowie.

Niesamowita jest ta scena nawiedzenia. Maryja przychodzi do Elżbiety. Wystarczyło jedno pozdrowienie. 

Wszystko dzieje się nadzwyczaj zwyczajnie. Ani to spotkanie religijne, ani nabożeństwo, ani kurtuazja. Maryja nie prawi Elżbiecie żadnych nauk. Usłyszała, że Jej krewna spodziewa się dziecka, więc przyszła pomóc i po prostu być razem z nią.

Pan Bóg przychodzi poprzez zwykłe gesty bliskości i życzliwości. „Gdzie miłość wzajemna i dobroć, tam znajdziesz Boga żywego” – tak czasem śpiewamy. Szkoda, że bardzo często tylko tak śpiewamy.

Okazuje się, że najzwyklejsza uprzejmość może być nie tylko działaniem Ducha Świętego i nie tylko znakiem, ale i obecnością Jezusa.

Tyle tylko, że my mamy wyjątkową zdolność do komplikowania wszystkiego. Chrześcijaństwo też, i to skutecznie, sobie i bliźnim komplikujemy 

Przecież to nie może być takie proste? On nie może przychodzić tak łatwo, by poczuć Jego obecność, miłość i łaskę. Sami więc sobie utrudniamy i wymyślamy, co by tu dorzucić, żeby to skomplikować.

A On przychodzi właśnie w prostocie, w zwykłości. A to znaczy, że nie trzeba wcale wiele. Nie trzeba być mistykiem, charyzmatykiem, a nawet nie wiadomo jak pobożnym, żeby żyć w Jego towarzystwie.

Nie wiem ile jest Adwentu w naszym tegorocznym Adwencie, ale Boże Narodzenie możemy mieć naprawdę dobre. Dostaliśmy dziś Ewangelię, jak instrukcję, jak w prosty sposób rozpoznawać i pokazywać obecność Jezusa.

Czas najwyższy, żeby przestać komplikować życie i wiarę, sobie i bliźnim. Andrea Torinneli powiedział, że  dla chrześcijanina prostota i powściągliwość powinny być czymś normalnym. Czy są? Chyba jednak nie.

A Matka Teresa z Kalkuty powiedziała o Bożym Narodzeniu tak: „Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego ręce, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, jest Boże Narodzenie (…) Zawsze, ilekroć pozwolisz, by Bóg pokochał innych przez ciebie, zawsze wtedy jest Boże Narodzenie”. I tego się trzymajmy.

Felieton dla TVP3 Katowice – 19.12.2021 – (Łk 1,39-45)


A on radzi, żeby robili swoje. – 12.12.2021

Szanowni Państwo.

Co mamy robić? Z tym pytaniem przyszedł do Jana tłum ludzi, różnego pochodzenia, pokroju, nawet uważani za margines społeczny.

To bardzo konkretne, egzystencjalne pytanie. A on radzi, żeby robili swoje. Nie namawia, żeby zostawili swoje zajęcia, zawody, rodziny i poszli na pustynię, i żyli jak on. Żołnierzy, nie przekonuje, żeby stali się pacyfistami, a celników, żeby porzucili niechlubną  pracę. Każdy ma robić swoje, zostać na swoim miejscu, ale żyć inaczej.

W nawracaniu nie chodzi o zmianę środowiska, pracy, ale o uczciwość i przejrzystość. Nasze problemy, nawet grzechy nie tkwią w zawodzie, ale w sposobie jego wykonywania. Nie chodzi o niezwykłe i spektakularne gesty, a o wierność w codzienności. Przemiana nie dotyczy rzeczy i sytuacji zewnętrznych, a wnętrza, serca i zaczyna się od siebie.

A tak właściwie to od minimalizmu, do którego zachęca Jan.  Masz więcej ubrań, niż jesteś w stanie zużyć? Masz za dużo jedzenia? Oddaj część. Umówiłeś się z pracodawcą na określone wynagrodzenie? Nie narzekaj, że nie dostajesz więcej i nie kombinuj, jak by tu sobie dorobić na lewo.

Jan podpowiadał Żydom, że muszą poprzestać na tym, co wystarczy, przestać kombinować i szukać kruczków, że mają żyć prościej. I te rady nie straciły nic z aktualności.

Warto postawić sobie, właśnie w Adwencie, takie pytania: czy potrafię powiedzieć sobie: dość, wystarczy? Czy tylko ma być więcej, wygodniej? Jeszcze trochę, tego jeszcze nie mam, może się przyda?

Coraz częściej chcemy nie tylko dwie, a nawet kilka srok trzymać za ogon, a co gorsza i to wcale nie rzadko, to i dwom panom chcemy służyć… 

Już Konfucjusz przestrzegał: człowiek, który goni dwa zające, nie złapie ani jednego.

A kombinowanie i szukanie kruczków? Jedni mówią, że to nasze cechy narodowe, inni, że kto nie kombinuje, ten nie ma, jeszcze inni z uśmiechem, że główka musi pracować, bo jak nie, to ciężko będzie przeżyć. A niektórzy, że to przesada.

A może jednak tacy jesteśmy, bo uważamy, że inni nie są specjalnie godni zaufania? A może to dlatego, że ważniejsza jest skuteczność niż etyczność? I dlatego ciągle musimy sobie przypominać, że przede wszystkim to mamy być uczciwi.

Felieton dla TVP3 Katowice – 12.12.2021 – (Łk 3,10-18)


Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego. – 5.12.2021

Mili widzowie.

Liturgia wprowadza dziś na adwentową sceną Jana Chrzciciela. On jest tym bezpośrednim głosem wolającym: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego.

Wyobrażając sobie tak wołającego Jana, odbieramy to, tak trochę z automatu, jako nawoływanie do nawrócenia, do zrobienia porządku z sobą, z życiem i dopiero wtedy Jezus będzie mógł do nas przyjść. Myślę, że takie tego rozumienie jest jednak tylko połowiczne.

Bo to by oznaczało, że przychodzi jako nagroda tylko, a co wtedy z tą deklaracją, że nie przychodzi do sprawiedliwych, ale do grzeszników?

Sensem Adwentu jest postawienie siebie w prawdzie, konfrontacja ze swoimi grzechami, bo tylko tak wypełnimy nasze życiowe doliny, zrównamy góry i pagórki, wyprostujemy życiowe pokrętności.  

A To jest niezwykle potrzebne, bo dziś z lubością uciekamy przed prawdą o sobie, nakładamy przeróżne maski, także pobożnościowe maski. Zdaje nam się, że jak zataimy grzech, zatuszujemy grzeszność to tym lepsze zrobimy wrażenie.

Przeczytałem niedawno, że wcale nie chodzi o to, żeby założyć odświętne, pobożne wdzianko, poprawić grzywkę, bo Pan przychodzi do czystych i przygotowanych serc. On nie przychodzi jak ta perfekcyjna pani domu z programu telewizyjnego, żeby sprawdzić, czy mamy porządek.

Chodzi o to, żeby zobaczyć to, co jest syfiaste w swoim życiu, niepoukładane, bez owijania w bawełnę. Jezus urodził się w grocie pełniącej rolę obory. Tam nie było czysto i pachnąco, i nic nie było przygotowane. Mocne to prawda? Ale nie bez racji.

I przekonuje mnie, że zbawienie nie polega na pochwale za nasze poukładane życie. A przygotować drogę, wyprostować ścieżki, to uznać nareszcie, że to ja potrzebuję Zbawiciela, nie on czy ona, ten czy tamten, ale ja. Zbawienia potrzebują grzesznicy, tacy jak ja, ty, i każdy z nas z osobna.

Adwent to szansa, by ułatwić Panu Bogu dostęp do siebie. Niestety, często jest odwrotnie – utrudniamy. Zwykle nie mamy czasu, a jeśli znajdziemy, to zagadujemy Go formułkami, miast słuchać. A gdy nawet zaczyniemy słuchać, to tak do końca nie otwieramy się na to, co nowe i dalej Pan Bóg nie ma do nas przystępu. Może to dlatego Adwent to dla nas taki czas co najwyżej sentymentalno-liturgiczny.

Felieton dla TVP3 Katowice – 05.12.2021 – (Łk 3,1-6)


Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe… – 28.11.2021

Drodzy widzowie.

Pewnie nie przypadkowo na początku Adwentu słyszymy mocno brzmiące ostrzeżenie: uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych.

To stanowcze pouczenie chętnie puszczamy mimo uszu. Nie jesteśmy przecież obżarciuchami w stylu rozkoszujących się ucztowaniem starożytnych Rzymian. Nie chodzimy chodnikami zygzakiem i nie lądujemy w rynsztokach. Przesadną troską o doczesność też raczej nie grzeszymy.  

Tak więc to nie do nas. Czy aby na pewno?

Prawda, obżarstwa zarzucić sobie raczej nie możemy. Jak jednak wytłumaczyć zdecydowanie nadmierne kupowanie żywności, a potem jej wyrzucanie? Według danych Programu Racjonalizacji i Ograniczenia Marnotrawstwa Żywności w naszych domach w każdej sekundzie przez cały rok w koszu ląduje aż 92 kg żywności. To nawet 5 mln ton zmarnowanego jedzenia rocznie.

To prawda, pijaństwo trudno sobie przypisać i się o nie obwiniać. To skąd się to bierze, że statystycznie, każdy z nas kupuje więcej piwa niż wody – średnio 272 półlitrowe butelki piwa rocznie. Statystycznie każdy z nas wypija w roku 11 litrów czystego spirytusu. Jak było tego mało, codziennie przedpołudniem kupujemy milion małpek, o pladze nietrzeźwych kierowcach nie wspominając.

A to, że ma być najmodniejsze, najnowsze, że diety, ich suplementy, że jeszcze dobrze nie rozpoczniemy tygodnia, a już planujemy weekend, najchętniej długi i że nie skończywszy jednego urlopu, planujemy następny. Czy to rzeczywiście jest przesadna dbałość o doczesność?  

Jakby na to nie patrzeć, jak mówi Franciszek: jest to kręcenie się wokół siebie i utknięcie w zamknięciu swojego życia z jego problemami, radościami i bólami, ale zawsze kręcąc się wokół siebie, co zawsze rodzi wewnętrzny sen. A to męczy, nudzi, niweczy nadzieję. To tu tkwi źródło naszego odrętwienia i lenistwa. A ja dodam, że to przez to stajemy się wewnętrznymi śpiochami.

Adwent, kolejny, to dobry czas, żeby się obudzić z tych i pewno jeszcze wielu innych ociężałości, i jak podpowiada Franciszek, porzucić zrezygnowany i schematyczny styl życia. Uważajmy więc na siebie, aby nasze serca nie były ociężałe….

Felieton dla TVP3 Katowice – 28.11.2021 – (Łk 21,25-28.34-36)


Czy Ty jesteś Królem żydowskim? – 21.11.2021

Mili Państwo.

Piłat zapytał Jezusa wprost: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? A Jezus też odpowiada pytaniem: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?

To nie tyle sugeruje, że Jezus ma problem z odpowiedzią czy jest królem, albo że nie chce się do tego przyznać, ale że to pytanie jest nie tyle Piłatowe, co mu bardziej zasugerowane, nawet na nim wymuszone, co słychać w tym:  Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie.

A to znaczy, że Piłat wyraźnie uległ naciskowi ówczesnej opinii publicznej, poprawności religijno polityczno społecznej umiejętnie wykreowanej, a potem wykorzystanej przez żydowski establishment.

I zdaje się, że podobnie jak Piłat, tyle że chyba dużo częściej i powszechniej, ulegamy takim samym naciskom, a nie rzadko manipulacjom przez opinię publiczną, różne poprawności wykreowane i skutecznie wykorzystywane przez różne też establishmenty polityczno partyjno społeczno medialne.

Piłat dla świętego spokoju, żeby się nie narazić, dla zachowania poprawnych relacji uległ, podjął decyzję wbrew nie tylko zasadom, logice, ale i sobie. I my podobnie, z tych samych powodów, dla świętego spokoju, żeby się nie narażać, być akceptowanym, ulegamy i też podejmujemy decyzje wbrew własnym przekonaniom, wartościom, a nie rzadko i wbrew sobie.

Okazuje się, że całkiem sporo mamy z Piłata i zdaje się, że coraz częściej zachowujemy się tak, jak on.      

I jeszcze jedno.  Jezus przyznaje, że jest królem dopowiadając, że królestwo Jego nie jest z tego świata.

I oni i my rozmijamy się ze zrozumieniem Jego królowania. Dla nich i dla nas królowanie polega na demonstrowaniu wyższości i na żądaniu jej honorowania.

A w oczach Boga to coś zupełnie innego. Królowanie, panowanie to troska o poddanych, powierzonych sobie. Zresztą samo słowa poddany oznacza nie tyle uległy, czy zależny, ile bardziej poddany opiece. Może w tym kontekście warto zweryfikować rozumienie powierzonej sobie władzy, przełożeństwa nie zależnie od poziomu i przestrzeni. Czego więcej, dominacji nad… czy zadbania o… zależnych od siebie?

Felieton dla TVP3 Katowice. – 21. 11. 2021. – (J 18,33b-37)


bo nie chodzi o dzień i godzinę, a o gotowość. – 14.11.2021

Drodzy widzowie.

Usłyszeliśmy dziś o czasach ostatecznych. Koniec czasów zawsze rozpalał wyobraźnię. Niektórzy przepowiadają, że może przyjść za cztery miliardy lat. Są i tacy, którzy próbowali i próbują dokładnie określić datę końca świata. Ale jakoś im się nie udaje.

I Jezus też nie wskazuje żadnej daty, bo nie chodzi o dzień i godzinę, a o gotowość.

Raniero Cantalamessa porównuje życie na ziemi do ptaków siedzących na cienkich przewodach elektrycznych. Tak pod nimi jak i nad nimi jest przestrzeń. Mogą tylko zerwać się do lotu. I co jakiś czas jeden z nich odlatuje w przestrzeń. My, tu na ziemi, jesteśmy jak te wędrowne ptaki przygotowujące się do wielkiego lotu. Podtrzymujemy się na wątłym oparciu, żyjemy jeden obok drugiego i czujemy samotność wobec tej wielkiej niewiadomej przyszłości. Od czasu do czasu ktoś się odłącza, umiera, znika w wieczności.

Może to i smutna perspektywa. Ale nie dla nas, wierzących że Jezus umarł i… zmartwychwstał i dlatego nasza nadzieja nie jest próżna. Stąd też wierzymy, że lot życia prowadzi nas ku górze.

Dobrze wiemy, że wszystko jest względne, przemijające, żyjemy na walizkach, jesteśmy w podróży, o czym dobitnie, nawet brutalnie, pandemia stale nam przypomina.   

Ale do wieczności nie inaczej, jak tylko przez ziemię. Niebo jest celem, ziemia tylko pośrednikiem.

Może listopad to dobry czas, żeby zapytać gdzie tak naprawdę osiadłem na stałe? Gdzie rzuciłem życiową kotwicę? Tu czy tam?

Bo jak pisze ks. Strzelczyk: mamy dwie możliwości: albo nasze krótkie życie kończy się wraz ze śmiercią i wtedy jest skazane na jakiś marazm, albo tak silna niezgoda na jego koniec ma sens.

A ona ma sens, bo jak wierzymy, nasze życie zmienia się, stale się zmienia, ale się nie kończy i się nie skończy.

Arystoteles powiedział, że nie chodzi o to, żeby żyć, ale żeby żyć pięknie. Jasne, że bez tej niezgody na definitywny koniec życia da się żyć, ale zdecydowanie trudniej żyć pięknie.

Więc żyjmy, jak można najpiękniej,

Czy wielkie, czy szare są dni.

Bo życie to skarb w naszych rękach,

I przez nas ma świat lepszym być. – jak nam podpowiada refren rzadko już teraz śpiewanej piosenki.

Felieton dla TVP3 Katowice – 14. 11. 2021 – (Mk 13,24-32)


W chrześcijaństwie nie chodzi o cudowność … – 7.11.2021

Drodzy widzowie.

Rozpocznę od cytatu: W chrześcijaństwie nie chodzi o cudowność. Na tym nie zbudujemy naszej wiary, bo w chwili, kiedy będzie się nam w życiu walić, zaczniemy pytać: Boże, gdzie jesteś? To za O. Romanem Bieleckim.

Ewangelie pokazują, jak przez proste gesty działa Pan Bóg. Przypomnijmy sobie niewidomego uzdrowionego w odpowiedzi na dwa tylko słowa prośby, kobietę cierpiącą na krwotok tylko dotknięciem Jego szat, teściową Piotra podaniem ręki, ocaloną tylko pisaniem palcem po ziemi. I tak można by mnożyć.

Tworzywem dla własnej wiary nie są cudowności ale dostępne nam wszystkim proste gesty. Niby to wiemy, tyle tylko, że nie wierzymy w siłę tych prostych, nawet banalnych środków i tak komplikujemy sobie wiarę.

Te dzisiejsze dwa grosze są kluczowe. To żadna wartość. Wtedy to było nic, a teraz to jeszcze większe nic. No właśnie.

            Hojność kojarzy nam się najczęściej z nadmiarem i jeśli już się dzielimy to wtedy, kiedy mamy więcej, czasem robiąc miejsce na nowe, pozbywszy się nadmiaru.

            Mam takie wrażenie, jakbyśmy sens szczodrości ograniczali tylko do zasobów materialnych. Często też rozumiemy ją dość jednokierunkowo, jako bardziej jej oczekujący niż ją okazujący. Może warto za Erichem Frommem przypomnieć sobie, że nie jest bogatym ten, kto dużo ma, a ja dodam, który też dużo dostaje, ale ten, kto dużo daje.         

            Mój śp. Tato mówił mi często: synek dej, a dostaniesz. I z całą pewnością nie miał na myśli tylko rzeczy.

            Okazuje się, że nie wiele mając i specjalnie nie wiele znacząc można dać dużo, bardzo dużo, bo jak mówi Anna Frank: Nikt nie stał się jeszcze biedakiem poprzez dawanie.

            Oceniamy ludzi, jaki ich widzimy. „Po owocach ich poznacie”. A dziś dowiadujemy się, że nie to jest najważniejsze ile dajemy i co dajemy, ale to, jak dajemy.

            Co więc możemy sobie dawać, czego dając nigdy nie będziemy mieli mniej? Nic wielkiego, najprostsze gesty: odrobina uśmiechu, najzwyklejsze dzień dobry, dobre słowo, i wysłuchanie do końca.    Za Paulem Coelho warto zapamiętać, że ile dasz, tyle otrzymasz, czasem z najbardziej niespodziewanej strony. I to się sprawdza.

Felieton dla TVP3 Katowice – 07. 11. 2021 – (Mk 12,41-44)


bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego – 31.10.2021

Szanowni Państwo.

Jeden z uczonych w Piśmie zapytał Jezusa o to: które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? I otrzymawszy odpowiedź podsumował ją tak: Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznieś powiedział, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary.

Anthony de Mello, hinduski jezuita, w Śpiewie ptaka na pytania: Jak mogę kochać Boga tak, jak mówi Pismo? Jak mogę dać Mu całe serce? Odpowiada tak, proszę posłuchać.

Najpierw musisz opróżnić swoje serce z wszystkich rzeczy stworzonych.Tak zwykliśmy myśleć. A on mówi: Kłamstwo. Nie bój się wypełnić twojego serca ludźmi i rzeczami, które kochasz, gdyż miłość Boga nie zajmie miejsca w twoim sercu, tak samo jak głos śpiewaka nie zajmie miejsca w sali koncertowej.

Miłość nie jest jak bochen chleba. Jeśli dam tobie kawałek chleba, zostanie mi mniej dla innych. Miłość podobna jest raczej do chleba eucharystycznego. Kiedy go otrzymuję, otrzymuję całego Chrystusa. Ale przez to ty nie otrzymujesz mniejszej części Chrystusa; ty również otrzymujesz całego Chrystusa; tak samo ktoś inny i jeszcze inny.

Możesz kochać twoją matkę z całego serca, i twoją żonę, i twoje dzieci. Zdumiewające jest to, że dając całe twe serce jednej osobie, nie musisz przez to dawać mniej innej. Wręcz przeciwnie, każda z nich otrzymuje więcej. Bo jeśli kochasz tylko twojego przyjaciela i nikogo więcej, siłą rzeczy ofiarujesz mu serce dość ubogie. Zyskałby, gdybyś ofiarował serce także innym.

Także Bóg straciłby, gdyby nalegał, byś ofiarował swe serce jedynie Jemu. Daruj twoje serce innym: twojej rodzinie, przyjaciołom, wtedy Bóg też zyska, bo i Jemu ofiarujesz całe swe serce.

Innymi słowy. Odpowiedź Jezusa nie oznacza, że Boga należy kochać bardziej niż człowieka. Kto kocha Boga, ten kocha i drugiego, i siebie samego. Miłości bowiem nie da się podzielić na kawałki i większy dać jednemu, mniejszy drugiemu. A tak byśmy chcieli, i tak czasem robimy, tylko że to z miłością ma coraz mniej wspólnego.

Felieton dla TVP3 Katowice – 31.10.2021 – (Mk 12,28b-34)


Rabbuni, żebym przejrzał – 24.10.2021

Drodzy widzowie.

Bartymeusz był niewidomy. Słyszał czasem brzdęk monet, które ktoś mu rzucał. Ale nikogo nie widział. Chciał widzieć: Rabbuni, żebym przejrzał. I przejrzał. Zobaczył ludzi, nie musiał ich sobie wyobrażać. I pewno zdziwił się, jak bardzo rzeczywistość inna jest od wyobrażeń.

Niezależnie od tego, czy widzimy lepiej czy gorzej coraz częściej przypominamy niewidomego Bartymeusza.

W odniesieniu do tego podobieństwa spodobało mi się przeczytane nie tak dawno porównanie nas do ciucibabki. Pamiętamy pewno z dzieciństwa taką zabawę, kiedy to z zawiązanymi oczami mieliśmy kogoś złapać chodząc za słyszanymi głosami. Nie było to ani łatwe, ani przyjemne. Traciliśmy pewność ruchu i poczucie bezpieczeństwa. Wyciągaliśmy przed siebie ręce, żeby mieć dystans do tego, na co natrafimy.

I mamy chyba coraz więcej z tej ciuciubabki. Niby widzimy, a jednak z tak z zasłoniętymi oczyma nie widzimy bliźniego zwłaszcza, i nie tylko skądś tam, ale nawet z sąsiedztwa. A jeśli go nie widzimy, to się go boimy i kierują nami strachy.

Czas najwyższy, żeby przejrzeć i zobaczyć człowieka w człowieku, a my ochrzczeni nawet więcej: zobaczyć w nim obraz i Boże podobieństwo.

A zdjąwszy z oczu te różne przepaski i zaślepienia popatrzymy bliźniemu w oczy, ale i on będzie nam mógł spojrzeć w oczy. I ku naszemu zdumieniu może się okazać, że wcale nie musimy być dla siebie tacy straszni i niedostępni.

Może czas najwyższy, żeby za Bartymeuszem krzyknąć: Rabbuni, żebym przejrzał. Tym bardziej że zaślepieni i niewidzący jesteśmy zdani na innych. A wtedy zamykamy się nie tylko na sobie, ale i co oczywiste, na innych. A co za tym idzie przestajemy decydować tak o sobie samych, jak i o tym, co wokół nas.

Marie von Ebner-Eschenbach, powiedziała kiedyś, że gdy widzimy już tylko to, co chcemy widzieć, osiągnęliśmy duchową ślepotę.

Boje się, że coraz częściej widzimy i słyszmy już tylko to, chcemy widzieć i słyszeć…

Felieton dla TVP3 Katowice – 24.10.21 – (Mk 10,46b-52)


Jezus po raz ostatni idzie do Jerozolimy – 17.10.2021

Szanowni Państwo.

Jezus po raz ostatni idzie do Jerozolimy, tam czeka Go męka, śmierć i… zmartwychwstanie. Idących z Nim lojalnie uprzedza o tym, co wkrótce się wydarzy. I kiedy On ma przed oczyma, w myślach czekające Go męczarnie, licząc być może na jakąś pociechę i wsparcie, to dwaj bliscy Mu uczniowie, co by nie rzec w mało jednak stosownej chwili, proszą ni mniej ni więcej tylko o wyróżnienie.

Jeden młody, wrażliwy i uczuciowy, drugi dojrzalszy, racjonalny, zasadny. Obaj ambitni, może nawet za bardzo.

  Alessandro Pronzato zauważa, że Jezus nie osłabia i nie niszczy ich ambicji. W ambicjach czy temperamencie nie ma przecież nic złego. Problem jest tylko to, czemu te ambicje i temperament służą i do czego prowadzą.

To nie wiecie o co prosicie ujawnia ich intencje i trochę je demaskuje. Mogłoby się wydawać, że tak jak Jemu, chodzi im obecność przy Nim po śmierci, ale chyba jednak nie.

Zdaje się, że oni nie myśleli o aż tak dalekiej przyszłości. Bardziej zależało im raczej na tej ziemskiej bliskości, o czym świadczy oburzenie pozostałych.

Ta obecność po obu stronach Jezusa i bezpośrednio przy Nim, miała im dać poczucie wyróżnienia, wyjątkowości, a przez to prymat, zwierzchność, władzę nad pozostałymi. Może po cichu liczyli też, że będąc tak blisko będą mogli Jezusowi coś sugerować, podpowiadać, a może i mieć wpływ na Niego?

Bez większej przesady możemy powiedzieć, mówiąc dzisiejszym językiem, kusił ich lobbing. A lobbing to wywieranie wpływu wszelkimi sposobami. Zwykliśmy odnosić go do władzy, żeby uchwaliła nową czy zmieniła obowiązującą ustawę. Tyle tylko, że to mocno zawężone rozumienie.

Mnie się zdaje, że wszyscy chcemy być i na mniejszą czy większą skalę, pod nazwiskiem czy anonimowo, jesteśmy lobbystami. Czemu służy plotka, obmowa, hejt, jak nie wywieraniu wpływu na wizerunek, odbiór i ocenę osoby? A czemu służą portale społecznościowe, jak nie wypływaniu na zachowana i podejmowane decyzji, że wymienię tylko dwie przestrzenie.             Czy lobbing jest czysty etycznie? Hmm. Powątpiewam. Lobbing z angielskiego dosłownie znaczy działania w lobby, holu, przedsionku… A to chyba jednak coś sugeruje.

Felieton dla TVP3 Katowice. 17. 10. 21. (Mk 10,35-45 lub Mk 10,42-45)


Czy wiesz, kto jest najbiedniejszym na ziemi? – 10.10.2021

Mili Państwo.

Markowy opis spotkania Jezusa z człowiekiem, który mówił, że przestrzegał przykazań od młodości, a jednak odszedł zasmucony, bo wiele też miał i do czego był jak widać bardzo przywiązany, przypomniał mi Johna Rockefellera.

Ten twórca ogromnej fortuny, wielu dobroczynnych fundacji, krótko przed śmiercią, prawie już stuletni, powiedział ponoć do swego przyjaciela tak: – Czy wiesz, kto jest najbiedniejszym na ziemi? Powiem ci. Ten, kto nie ma nic oprócz pieniędzy.

Jasne, Rockefellerami nie jesteśmy, nie znaczy to jednak, że nie grozi nam zapatrzenie, a nawet zaślepienie nie tylko pieniądzem zresztą.

Na kanwie tego nie tylko pieniężnego zaślepienia stanął mi przed oczami ów złoty cielec stworzony przez Aarona na żądanie Izraelitów: uczyń nam boga, który by szedł przed nami. Chyba jesteśmy do nich bardzo podobni.

Za Franciszkiem przypomnijmy sobie, że bożek jest tylko pretekstem, by postawić samych siebie w centrum rzeczywistości, adorując dzieła własnych rąk. Sukces, władza i pieniądze. To wielkie bożki. Nie jest tak?

Zdaje się, że jednym z naszych dzisiejszych grzechów głównych jest grzech bożka, a może nawet bożków.

I znów za Franciszkiem: pieniądze, interes własny dzielą. Także w rodzinach: ile to rodzin zostało podzielonych przez spadek? Dodam, także z naszego otoczenia.

I dodał: Nową formą starożytnej adoracji złotego cielca jest fetyszyzm pieniądza i dyktatura gospodarki bez twarzy i świat ma tendencję, by handlować wszystkim.

Zdaje mi się, że to nie świat, a my mamy coraz większe upodobanie w handlowaniu już prawie wszystkim, czym się da, nawet tym, czym się nie powinno. 

Władza i pieniądz to synonimy siły i dominacji. Choć dobrze o tym wiemy, to wielu daje się złapać na ich lep i nie jest w stanie odkleić się od stołka władzy. I gotowi są uwierzyć, że tylko ona daje spełnienie, tak na ziemi, jak i w niebie.

Jakoś pobrzmiewa mi tu to: będziecie jak Bóg – skąd my to znamy?

I jak widać, ta historia lubi się wciąż powtarzać.

Felieton dla TVP3 Katowice. 10. 10. 21. (Mk 10,17-27)


I że to z żebra wyjętego z mężczyzny, zbudował Pan Bóg kobietę… – 3.10.2021

Drodzy widzowie.

Za dzisiejszą Liturgią Słowa przypomnijmy sobie, że na początku Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę, i że nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam… i że to z żebra wyjętego z mężczyzny, zbudował Pan Bóg kobietę…

            Te zdania zwykliśmy odnosić przede wszystkim do małżeństwa, do małżonków. To chyba jednak daleko idące uproszczenie. One adresowane są też tak do tych w celibacie, jaki i singli.

A tak w ogóle to one mówią o potrzebie drugiego człowieka w naszym życiu. Potrzebujemy siebie nawzajem, żeby stać się w pełni sobą.

To jest ta pomoc. Możemy świetnie dawać sobie radę w pojedynkę: gotować, sprzątać, prać, prasować. Różne rzeczy możemy robić samemu. Ale kochać nie nauczymy w pojedynkę.

Usłyszeliśmy też o wierności małżeńskiej i nieoddalaniu współmałżonka. Ale odnieśmy to też relacji pozamałżeńskich. Bo to może być zaproszenie także dla nas wszystkich.

W naszych relacjach bywa różnie. Ranimy się wzajemnie, kłócimy, żywimy żale i urazy. Czasem kontakty chłodnieją, a czasem je zrywamy. Jedno jest pewne, żadne bliskie relacje nie są łatwe.

Jeśli widzimy się sporadycznie, ograniczamy do opowiadania o wszystkim i o niczym, to nasze kontakty zawsze będą bezproblemowe. I wygrywa wtedy ochota na tylko łatwe i lekkie relacje.

Jednak im bliżsi sobie jesteśmy, tym trudniej udawać. W końcu opadają maski i kończy się gra pozorów. Prędzej czy później wychodzą na wierzch nasze słabości, wady, a to okazje do mniejszych czy większych nieporozumień i konfliktów.

I wtedy nawet ten drugi może też może okazać się pomocny. Jasne, są takie sytuacje, kiedy trzeba go odsunąć albo się odsunąć, nawet odseparować. Warto jednak pamiętać o radzie Pana Jezusa, żeby jednak przebaczyć, jeśli tak trzeba.

Zwykle to też żaden prawdziwy wróg, choć jakoś mi trudny i nieprzyjazny. To dobra okazja, żeby sprawdzić swoją zdolność do miłości nie – przyjaciół. Spróbujmy. Bo okazji po temu mamy sporo.

Felieton dla TVP3 Katowice. 03. 10. 21. (Mk 10,2-16 lub Mk 10,2-12)


Wyobraźmy sobie tego młodego Jana – 26.09.2021r.

Szanowni Państwo.

Wyobraźmy sobie tego młodego Jana, który z typową dla młodości impulsywnością, nawet zapalczywością mówi do Jezusa tak: widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami…

Dla Jana było czymś oczywistym, żeby temu obcemu tego zabronić, skoro nie należał do ich grona. Chciał zarezerwować imię Chrystusa tylko dla tej grupki apostołów. Był przekonany, że robi dobrze i dlatego tym się pochwalił licząc przy tym na pochwałę. To Jezusowe: nie zabraniajcie mu… pewno go zaskoczyło i było nie do pojęcia, bo wydawało mu się, że to właśnie oni, apostołowie mają monopol na łaski.

W pierwszym odruchu gotowi jesteśmy stanąć po stronie Jana. On przecież w dobrej wierze i z oddaniem chciał z jednej strony chronić ich wyłączność na działanie w imię Jezusa, a z drugiej zabezpieczyć Mistrza przed fałszywymi naśladowcami.

Tyle tylko, że w takiej logice to Janowe: zabranialiśmy mu… głośniejsze i ważniejsze jest od Jezusowego: nie zabraniajcie mu…

Franciszek zauważył, że taka postawa jest dziś dość powszechna. My też, w dobrej wierze oczywiście, chcielibyśmy chronić autentyczność praktyk, nie tylko religijnych zresztą, zabezpieczając założyciela, przywódcę przed niechcianymi naśladowcami. I tu automatycznie pojawia się obawa, nawet lęk przed konkurencją. Ktoś przecież może przejąć nowych zwolenników.   

To wydarzenie uczy czegoś jeszcze, niesamowicie ważnego, że Pan Bóg nie jest tylko dla Kościoła i działa nie tylko przez jego członków.

Musimy zobaczyć dobro także poza granicami Kościoła, więcej, nie tylko je widzieć, ale też doceniać i cieszyć nim. Inaczej będziemy się dusić się tylko we własnym sosie, a nie o to przecież Jezusowi chodziło.

Wokół nas jest naprawdę mnóstwo dobra czynionego także przez tych, którzy nie wymieniają Pana Boga z imienia. Jak je zaczniemy wyławiać z naszego wiecznego narzekania, to i nasze życie zobaczymy w zupełnie innych barwach.

Myślę sobie, że kto jak kto, ale to my właśnie powinniśmy, a nawet mamy być swoistymi kolekcjonerami dobra.

Felieton dla TVP3 Katowice. 26. 09. 21. (Mk 9,38-43.45.47-48)


Słowo na niedzielę – 19.09.2021

Każda chwaliła się swoim synem… – 12.09.2021r.

Drodzy widzowie.

Dziś o rodzinności. Zacznę od opowiadania „Trzej synowie” Bruna Ferrero.

Trzy kobiety szły do studni po wodę. Na kamiennej ławce, przy fontannie, siedział starszy człowiek i przysłuchiwał się ich rozmowom. Każda chwaliła się swoim synem. Mój, mówiła pierwsza, jest tak zwinny i bystry, że nikt mu nie dorówna. Mój, mówiła druga, śpiewa jak słowik. Nikt na świecie nie ma tak pięknego głosu, jak on. A ty, co powiesz o swoim?, zapytały trzecią kobietę, która nic nie mówiła. Sama nie wiem, co niezwykłego mogę powiedzieć o moim dziecku – odpowiedziała. Jest dobrym chłopcem, jak wielu innych. Nie robi jednak nic specjalnego….

Kiedy dzbany były pełne poszły w stronę swoich domów. Poszedł za nimi i starzec. Dzbany były ciężkie. Zatrzymały się, aby odpocząć. Podbiegli wtedy trzej chłopcy. Pierwszy rozpoczął widowisko: zaczął wywijać koziołki, wierzgając nogami, wykonując salta. Kobiety patrzyły z zachwytem: Ach, jaki zręczny. Drugi, zaintonował piosenkę. Głos miał piękny, jak słowik! Słuchały ze wzruszeniem w oczach: Cóż za anioł!. Trzeci podszedł do matki, zarzucił sobie ciężką amforę na ramiona i zaczął iść obok matki. Wtedy kobiety zapytały starca: Co powiesz o naszych synach? O synach, zawołał zdziwiony starzec. Widziałem tylko jednego.

Mówimy często, że z rodziną dobrze, to tylko na zdjęciu. To jednak gruba przesada.

Katarzyna Grochola powiedziała kiedyś, że rodzina to coś najważniejszego, nie można jej bezkarnie założyć, a potem bezkarnie odłożyć, zlikwidować, nie pamiętać, nie czuć się zobowiązanym, rodzina to jest coś świętego.

Jeśli więc dziś rodzinność wiotczeje, nawet usycha, to może właśnie dlatego, że zakładana i odkładana jest pochopnie i nie roztropnie? Kto by więc przejmował się danym słowem czy zobowiązaniami?

Za Claire Dederer warto zapamiętać, że życie rodzinne nie składa się z wielkich spraw. Składa się z nie-wydarzeń: posiłków, kłótni, wspólnego czytania książek, piłki nożnej w ogródku, szykowania się do szkoły.

I na koniec proszę posłuchać Dalajlamy: Wielu ludzi zdaje się zapominać o prawdziwym znaczeniu rodziny. Koncentrują się na karierze, zdobywaniu bogactwa i sławy – bliskich pozostawiając samym sobie. Miłość ograniczają do kilku słów skreślonych pospiesznie na urodzinowej karcie z życzeniami. A przecież żaden sukces nie ma znaczenia, jeśli nie można go dzielić z kochającymi ludźmi. Żaden medal, dyplom czy premia świąteczna, nie ogrzeją serca w chłodną, zimową noc.

Felieton dla TVP3 Katowice. 12. 09. 21. (Mt 12,46-50)


Przyprowadzono głuchoniemego, żeby go uzdrowił – 05.09.2021r.

Szanowni Państwo.

Benedykt XVI zauważył, że w centrum dzisiejszej Ewangelii jest jedno krótkie, ale bardzo ważne słowo. To effatha, co znaczy: Otwórz się! I zwrócił uwagę na kontekst. Jezus przemierzał Dekapol, krainę między Tyrem i Sydonem a Galileą: a więc obszar nieżydowski. Przyprowadzono głuchoniemego, żeby go uzdrowił. Widać Jego sława dotarła aż tam. Wziął go na bok i patrząc w niebo powiedział effatha – otwórz się. Takie jest znaczenie historyczne, literalne tego słowa: głuchoniemy otworzył się. Przedtem był zamknięty, odizolowany, porozumiewanie się sprawiało mu trudność; uzdrowienie oznaczało dla niego otwarcie się na innych, na świat. To otwarcie się ożywiło jego osobę, jego życie: w końcu mógł się porozumiewać z innymi, nawiązywać kontakty. Tyle Benedykt.

Jedno jest pewne, niemota nam nie grozi, niemowami nie jesteśmy. Wręcz przeciwnie jesteśmy zasypywani, ale i sami się zasypujemy nie tylko słowo potokiem, ale wręcz zalewamy, nawet podtapiamy lawinami, nawałnicami, prawie już potopem słów.

W jednym jednak jesteśmy do tamtego uzdrowionego podobni – w głuchocie. Cierpimy na postępujący, chroniczny już nawet, osobisty, rodzinny, społeczny, polityczny i kościelny niedosłuch. Jesteśmy coraz bardziej głusi na siebie nawzajem.

A jeśli tak, to też nie dziwota, że coraz bardziej się zamykamy i izolujemy. A zamknięcie się w swoich przekonaniach, stereotypach, uproszczonych wyobrażeniach o sobie nawzajem, o Bogu i bliźnich, to jest prawdziwe nieszczęście. Stąd i o porozumiewanie się i porozumienie między nami coraz trudniej, czego też doświadczamy na własnej skórze. A wtedy już tylko krok do logiki plemienności, budowania murów i oblężonych twierdz. 

Tak nastawionym bardzo trudno poznać rzeczywistość, więc jeszcze bardziej brniemy w swoje przekonania, które coraz mniej mają wspólnego z prawdą. Stajemy się coraz bardziej podatni na pastwę naszej wyobraźni. A ona potrafi ponieść nas daleko, potrafi totalnie omotać i zagubić.

To ciekawe, że uszy są pomiędzy rozumem a sercem, myślą a uczuciem. Żeby więc otworzyć się na bliźnich i świat trzeba zacząć od otwarcia uszu, żeby znów zacząć słuchać. To warunek porozumiewania się innymi i nawiązywania kontaktów i relacji na nowo.

A więc effatha – otwórz się.

Felieton dla TVP3 Katowice. 05. 09. 21. (Mk7,31-37)


Wiara bez uczynków jest martwa. – 18.07.2021

Szanowni widzowie.

Dowiadujemy się dziś, jak to po swojej pracy apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali.

I w tym kontekście przypomniało mi się przeczytane gdzieś opowiadanie Marka Twaina, jak to trafił kiedyś na nabożeństwo. Pastor z przejęciem opowiadał o misjach. Pisarz uznał, że to dobre i piękne kazanie i postanowił na rzecz misjonarzy ofiarować dziesięć dolarów. Ale kaznodzieja mówił dalej o tym samym i tak samo: słowa lały się szerokim i długim strumieniem. Twain pomyślał sobie: ten facet już mnie nudzi, wystarczy mu tylko pięć dolarów. Ale mówca niestrudzenie ciągnął dalej temat, więc pisarz gotów był dać na tacę już tylko dolara. Ale kazanie wciąż trwało i kaznodzieja nie mógł jakoś dobrnąć do końcowego Amen. Gdy wreszcie skończył, ponoć Mark Twain był w tak złym nastroju, że nie tylko nie ofiarował ani centa, ale jeszcze wziął sobie z tacy jednego dolara…

Wiara bez uczynków jest martwa. Przed czym przestrzegał już św. Jakub w swoim Liście. Antoni Czechow skwitował to jeszcze mocniej: Wiara bez uczynków martwa jest, a uczynki bez wiary to coś jeszcze gorszego, to tylko strata czasu i nic więcej.

I z naszymi słowami jest dokładnie tak samo. Słowa bez uczynków też są martwe. Nasza wiarygodność jest weryfikowana nie po tym, co i jak mówimy, ale przede wszystkim po zgodności naszych słów z czynami, z postępowaniem…

Mam takie wrażenie, że oprócz tej pandemii, opanowała nas, i to dużo wcześniej, inna pandemia, takiej duchowej schizofrenii, gdzie słowa nijak się mają do czynów, postępowania, decyzji, których jesteśmy autorami.

Może paść tysiące słów, i pada, prywatnie, publicznie, medialnie o miłości bliźniego, o pomocy, o ponoszeniu odpowiedzialności, o naprawianiu krzywd, o stawaniu w prawdzie, o dobru wspólnym i na słowach często się kończy, zdecydowanie za często.

A wystarczyłby tylko jeden czyn, gest, żeby potwierdzić, że mówiło się i mówi, prawdę. Jedno treściwe zachowanie jest o wiele więcej warte niż tysiące pustych słów…

Warto nie zapominać, że to nie słowa, a spełnione obietnice budują zaufanie. Jeśli więc coraz mniej sobie ufamy, to może dlatego właśnie, że za dużo między nami słów, a za mało uczynków?

Felieton dla TVP3 Katowice. 18. 07. 21. (Mk 6,30-34)


I przykazał im, żeby nic z sobą nie brali… – 11.07.2021

Mili Państwo.

Słyszeliśmy dziś, jak to Pan Jezus rozsyłał swoich uczniów po dwóch. I przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Żeby szli obuci w sandały i nie ubierali dwóch sukien.

Pewno zaskakują nas te wymagania. I nie widzimy ani też czujemy ich aktualności. A może jednak?

Rozsyła ich po dwóch. Czemu po dwóch, nie pojedynczo? Może ta logika po dwóch coś ważnego nam podpowiada?

Duet, to już zespół. Prawda, że tylko dwu osobowy, ale jednak zespół. Gdy cokolwiek robimy, choćby tylko we dwóch, zawsze trzeba trochę z siebie zrezygnować, z własnych pomysłów. Trzeba się dogadać, a nawet dogadywać bez przerwy. Powiedzielibyśmy budować kompromis. A jak mówi definicja – kompromis, to porozumienie osiągnięte w wyniku wzajemnych ustępstw. No właśnie, wzajemnych ustępstw.

Z pójściem na ustępstwo mamy dziś spory kłopot. Zdaje się, że dość opacznie rozumiemy kompromis, jako wymuszanie ustąpienia tylko jednej ze stron, czego oczywistym skutkiem są kłótnie, niesnaski, rozłamy, i czego też jesteśmy świadkami niemal każdego dnia.

Jasne, jak to mówi inna definicja, kompromis to optymalne rozwiązanie konfliktu, bo oznacza konieczność rezygnacji każdej ze stron. Idealnym sposobem radzenia sobie z konfliktem jest współpraca.

A współpraca, to zdolność budowania więzi i współdziałania z innymi, praca w grupie by osiągnąć wspólny cel. To umiejętność zespołowej realizacji zadań, wspólnego rozwiązywania problemów. I znów tyle definicja.

Mam wrażenie, że dziś na pierwszym miejscu jest jednak rywalizacja, konkurencja, współzawodnictwo, nawet wyścig. A jeśli tak, to nie dziw, że powszechne są niezgoda, nierówne układy, napięte stosunki i wzajemne sobie przeszkadzanie.

Sama pandemia z pewnością ograniczyła, nawet osłabiła potrzebę budowania więzi, zaś

czas po pandemiczny bardziej promuje rywalizację, nawet walkę niż współpracę.

            Powiedział ktoś, że współpraca oznacza dwie litery MY. Może czas najwyższy, żeby na pierwszym miejscu zacząć stawiać MY, zamiast JA?           

  Felieton dla TVP3 Katowice. 11. 07. 21. (Mk 6,7-13)


Kiedy przychodzi jako człowiek, mówimy, że to żaden Bóg … – 04.07.2021

Drodzy widzowie.

Słuchając tej Ewangelicznej opowieści o Jezusowych odwiedzinach w rodzinnych stronach i o przyjęciu Go przez miejscowych, widzimy, że nawet Panu Bogu trudno jest ludziom dogodzić, w domyśle i nam. Jak pozostaje niewidzialny, to mówimy, że Go nie ma, bo Go nie widać. Kiedy przychodzi jako człowiek, mówimy, że to żaden Bóg, tylko zwykły człowiek.

I chyba nie pozostaje Panu Bogu nic innego, jak tylko zdziwić się tym naszym niedowierzaniem. A może zdecydowanie bardziej to nas powinno dziwić nasze niedowierzanie?

A jednak nie dziwi. Czemu? Bo, jak mi się zdaj niedowiarstwo wobec Pana Boga, a co za nim idzie i niedowierzanie bliźniemu stały już powszechnością. Co więcej jedno i drugie są z sobą bardzo powiązane, i to wprost proporcjonalnie. Im więcej niedowiarstwa Panu Bogu, tym więcej niedowierzania bliźniemu. 

Niedowierzanie to podejrzliwość, zakładanie a priori złych intencji i zamiarów drugiej strony. Świetnie pokazuje to szczegółowość zawieranych dzisiaj umów. Im większa drobiazgowość jej zapisów, tym większa wzajemna nieufność zawierających je stron.

Jak mawiał mój tato: nie ma nic z niczego. Jak dla mnie, u początku jest rosnące niedowiarstwo Panu Bogu i Jego dekalogowych norm, ot choćby: nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu, nie pożądaj żadnej jego rzeczy. A o nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe to już zupełnie zapomnieliśmy.

I zatęskniłem za dzieciństwem. Wychowałem się nie daleko stąd w bytkowskim familoku. Kiedy miało kogoś nie być w domu, to klucz był zostawiony pod wycieraczką lub wiadrem z węglem. Wszyscy tak robili i wszyscy o tym wiedzieli, a nikt nie powołany z tego nie skorzystał.

Nie, nie. to nie jest idealizowanie ani tamtego czasu, ani sąsiedztwa. Co by jednak nie rzec dbano jednak wtedy o to sąsiedzkie zaufanie. Może dlatego, że nie tyle z wiedzy, ile z natury wiedziano, że życie między ufającymi sobie jest po prostu łatwiejsze, lżejsze, a między podejrzliwcami dwulicowe i często nie do zniesienia? A może też dlatego, że razem chodzili co niedziela do kościoła i nie rzadko siadali w tej samej ławce? A może dlatego, że w ich życiu po prostu niedowiarstwa Panu Bogu było mniej?

Nie wiem. Odpowiedzcie sobie Państwo sami.

Felieton dla TVP3 Katowice. 04. 07. 21. (Mk 6,1-6)


Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła – 27.06.2021

Mili Państwo.

Usłyszeliśmy dziś, żeby tak rzec, taki trochę feministyczny fragment Ewangelii. Jesteśmy świadkami uzdrowienia dwóch kobiet: dorastającej córki Jaira i dojrzałej już kobiety.

Ta druga, gdy wszystkie zabiegi okazały się nieskuteczne, zawiódł rozsądek, własne siły, gdy zawiedli inni, jak pomyślała, tak zrobiła: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa.

Wystarczył dotyk, żeby ustał jej krwotok i poczuła, że jest uzdrowiona. Wydaje się, że wiara tej kobiety była tak trochę wymieszana z zabobonami. I tak często dzieje się  iw naszym życiu. Nasza wiara też nie zawsze jest czysta, często z domieszkę własnych wierzeń, nawet zabobonów. Mieszamy sakramenty z sakramentaliami. Ważniejsza bywa święconka od Rezurekcji i szczypta popiołu od postu. Nie rzadko traktujemy Pana Boga dość magicznie.

Nawet jeśli ta nasza wiara, jest o wiele mniejsza niż to ziarnko gorczycy, to może okazać się zupełnie wystarczająca.

W obu sytuacjach kluczowy jest dotyk, podanie ręki. To chyba najważniejsze i najprawdziwsze nośniki kontaktu między nami.

Dotyk i podana ręka, to jakby jedne z ważniejszych naszych luster. Jeden dotyk, jedno podanie ręki może dużo powiedzieć tak o nas, jak i o adresacie dotyku i podanej ręki. Za pomocą jednego gestu możemy rozpocząć jasną i przyjazną relację z bliźnim i przekazać mu to, co czadem trudno wyrazić słowami.

Myślę, że ostatni czas naznaczony pandemicznym ograniczeniem wręcz wykluczeniem dotyku i podania ręki z naszych relacji uświadomił nam, jak ważne To są gesty.

To zatęsknienie za dotykiem i podaną ręką jest szansą na ich oczyszczenie. Żebyśmy nie musieli ostrzegać się przed złym dotykiem, a ręce były gotowe do podania, a  nie zaciśnięte do wygrażania.

Vladimir Nabocov pytał: czy to nie dziwne, że zmysł dotyku, tak nieskończenie mniej ceniony przez ludzi od wzroku, staje się w krytycznych momentach naszym głównym, jeżeli nie jedynym, kluczem do rzeczywistości? Może więc warto, a nawet należy odświeżyć, a może wręcz odbudować w naszych relacjach znaczenie dotyku i podanej ręki.

Felieton dla TVP3 Katowice – 27.06.21 – (Mt 5,21-43 lub Mk 5,21-24.35b)


Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? – 20.06.2021

Drodzy widzowie.

Słyszymy dziś pełen emocji zarzut wręcz wykrzyczany Jezusowi: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? I nawet trudno się dziwić takiej ich reakcji. Zerwał się gwałtowny wiatr. Fale obijały łódź, że już nabierała wody. A On sobie smacznie śpi w tyle łodzi.

Pewno każdy by tak zrobił. I my też tak robimy. A nie? Panie Boże tyle krzywdy, tyle zła, prześladowań, niesprawiedliwości, chorób, a Ty śpisz? A może Ciebie nie ma? Słychać  coraz głośniej i częściej.

 Tyle tylko, że sama tylko obecność Pana Boga w naszym życiu nie ochroni nas przed przeciwnościami, niebezpieczeństwem i życiowymi burzami, tak jak sama obecność Jezusa w łodzi nie uchroniła uczniów przed gwałtownym wiatrem i falami zalewającymi łódź.

To trochę tak, jak między rodzicami i dziećmi. Czy sama obecność rodziców w życiu dzieci ochroni je przed niepowodzeniami, złymi wyborami i życiowymi zakrętami? Oczywiście, że nie. Choć pewno bardzo by chcieli. 

Warto zdać sobie sprawę, że wiara sama z siebie nie zabezpiecza, i nie chroni przed życiowymi uwikłaniami i perturbacjami.

Tak jak i sakrament małżeństwa sam z siebie nie chroni przed nałogami, zdradą czy rozpadem, tak i też święcenia kapłańskie nie są żadną zbroją czy kombinezonem ochronnym i same z siebie nie zabezpieczą przed sprzeniewierzeniem, zgorszeniem i zepsuciem.

Mnie się zdaje, że wiarę, sakramenty od chrztu przez spowiedź, komunię, bierzmowanie po małżeństwo i kapłaństwo traktujemy trochę tak, jak tamci tego śpiącego Jezusa.

Dopóki wszystko jest dobrze, po naszej myśli to niech sobie śpi, przynajmniej się nie wtrąca,  ale jak się wali, jest pod wiatr, to oczywiście larum na całego – czy Cię nie obchodzi?… 

Święta Katarzyna Sieneńska napisała w Dialogu tak: Ci, którzy pokładają nadzieję w sobie samych, boją się zawsze. Lękają się własnego cienia i pytają ciągle, czy nie zabraknie im nieba i ziemi.

I tak jest i będzie z nami zawsze, kiedy o uśpionych wierze i sakramentach przypominać sobie będziemy, jak oni o śpiącym Jezusie w czas burzy.

A może to stąd wzięło się to nasze: jak trwoga, to do Boga? Nie wiem tylko, kto tu jest bardziej zaspany i kogo trzeba budzić? Może już czas obudzić uśpioną wiarę i zaspaną sakramentalność?

Felieton dla TVP3 Katowice – 20.06.2021 – (Mk 4,35-41)


Zasiane ziarno ma samo w sobie naturalną mądrość – 13.06.2021

Szanowni Państwo.
Dzisiejszej niedzieli usłyszeliśmy przypowieść o zasiewie. Mogłoby się wydawać, że ten prosty rolniczy obraz nam miastowym ma już nie wiele powiedzenia. A jednak ma i to więcej niż się spodziewamy.
Dowiadujemy się, że to zasiane ziarno ma samo w sobie naturalną mądrość, wewnętrzną logikę, siłę wzrostu. Ono rośnie niezależnie od tego, czy siewca śpi czy czuwa. A po zasianiu on nie ma już wpływu na to, co się z nim dzieje, rośnie czy usycha?
Wzrost ziarna zupełnie od niego nie zależy. Pozostaje mu czekanie na wyniki, które są nieprzewidywalne.
Okazuje się, że wcale nie najważniejsza jest aktywność siewcy, a odwrotnie jego pasywność!
No właśnie, jak tu się zgodzić, że nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystko tak do końca od nas tylko zależy. A z tym zdaje się mamy nie lada problem.
Przecież bardzo lubimy wpływać na wszystko i na wszystkich. Na dodatek w cenie jest przede wszystkim skuteczność, planowanie, kontrolowanie, aby nic nie działo się poza nami, naszym wpływem i nadzorem.
Może to po to trafiła nas pandemia? Żebyśmy trochę spokornieli? I nareszcie zdali sobie sprawę, a przynajmniej zaczęli, że to tylko nam się tak zdaje, że trzymany wszystkie cugle w ręku i sroki za ogon.
No i jeszcze coś. W tę logikę najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie wpisane jest czekanie. A czekać to nic innego, jak tylko dać czas czasowi.
No właśnie. Nie poganiać, nie popędzać czasu. A zdaje się, że tak właśnie jest. Bo przecież trzeba dogonić, dorównać, nadrobić.
Jasne, pandemia trochę nas przyhamowała. Chcąc nie chcąc zwolniliśmy.
Razem jednak z jej spowalnianiem, co już słychać i widać, zaczynamy przyśpieszać, ponaglać czas, żeby jak szybko się da wyrównać braki, odrobić straty i zrekompensować sobie, co się tylko da.
Tyle tylko, że to może być ślepy zaułek, bo pośpiech zwykle jest złym doradcą, i jak podpowiada przysłowie: co nagle to po diable, a wtedy łatwo pomylić ważne z ważniejszym.
A to nam się zdarza.

Felieton dla TVP3 Katowice – 13. 06. 2021 – (Mk 4,26-34)


To dziwny Nauczyciel – 6.06.2021

Drodzy widzowie.
Przeciwnicy Jezusa wytaczają zarzuty ciężkiego kalibru. Uważają, że jest opętany. Działa wbrew Bogu i jest wpływem szatana. Dlaczego aż tak? To dziwny Nauczyciel. Wprowadza nowe porządki: siada do stołu z celnikami burząc utrwalone konwenanse społeczne. A kiedy ówcześni hierarchowie głównie dzielą włos na czworo i mnożą szabatowe wymogi, On na odwrót, mówi że szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Burzy im religijny porządek. Na dodatek, za dużo tych uzdrowień i rosnącej popularności. To musiało budzić zazdrość i wrogość.
Jasne, ci ówcześni hierarchowie działają też w imię dobra, w zgodzie z własnym rozumieniem i interpretacją Prawa. Czują się, jak wyzwani do konfrontacji. Przecież pilnują porządku, służą ludowi. Nawet pofatygowali się do Kafarnaum aż z Jerozolimy, a to kawał drogi. Widać, to dla nich ważna sprawa. Bronią utrwalonej religijności i obrzędowości, szukają spokoju i religijnej stabilizacji. Gotowi dobro nazywać złem, byle uniknąć nawrócenia i otwarcia na nowe.
Jakież to ludzkie, nawet nasze. Nas też niepokoi każde odejście od religijnej rutyny i schematu. Jesteśmy dziećmi przyzwyczajenia do obrzędowości. Szukamy szybkiego i nieskomplikowanego wyjaśnienia tego, co odbiega od normy, jakkolwiek ją rozumiemy. Bardzo podatni jesteśmy na emocjonalne, często niesłuszne, skojarzenia i domysły.
Kiedyś myślałem, że najbardziej oburza nas złe zachowanie ludzi. Dzisiaj nie jestem tego taki pewien.
Jeśli jakiś uczeń pilnie przykłada się do nauki, to koledzy przykleją mu łatkę kujona. Jeśli pracownik jest sumienny i twórczy, to pewnie lizus i przychlebia się szefowi. Jeśli ktoś częściej jest na Eucharystii, to pewnie dewot.
Grzech przeciwko gorliwości to chowanie głowy w piasek, byle tylko nie stracić czegoś ważnego, choć wcale nie najważniejszego.
Grzech przeciwko Duchowi Świętemu to dopatrywanie się zła tam, gdzie go nie ma.

Felieton dla TVP3 Katowice – 06. 06. 2021. – (Mk 3,20-35)


1+1+1 równa się 1 – 30.05.2021

Mili Państwo.

Prawda o Trzech Osobach Boskich przerasta naszą racjonalność – to oczywiste. Zamiast się tym przerażać, może warto zafascynować? Jasne, staramy się ją opisać, na czym polega. Próbujemy zrozumieć, jak to możliwe, żeby 1+1+1 równało się 1.

Z religii wiemy, że Trójca to jeden Bóg w trzech Osobach. To właściwie jak to jest? Próbowano to jakoś zilustrować: św. Patryk obrazem trójlistnej koniczyny; ktoś inny przez trzy zapalone zapałki zetknięte razem i płonące jednym ogniem. Ale te obrazy tylko przybliżają do tej prawdy.

Rozejrzymy się wokól. Widać, jak jedni bardzo potrzebują bliskich więzi z innymi, innym łatwiej przychodzi trzymać bliźnich na dystans. Pogodzić te dwie skłonności nie jest łatwo.

I o dziwo doskonałym przykładem bliskości – a zarazem odrębności – jest właśnie Trójca Święta. To najlepszy przepis na właściwe proporcje między dystansem i bliskością.

Okazuje się, i to na poziomie najwyższym, że da się pogodzić bliskość z odrębnością, i że one wcale się nie wykluczają.  

Jeśli to możliwe na poziomie Boskim, to czemu z takim trudem, jeśli w ogóle,  przychodzi to na poziomie ludzkim?

Pewno przyczyn jest wiele. Przywołam jedną. Mianowice bliskość. Lubimy używać tego słowa, ale nie wiem, czy tak do końca wiemy co się za nim kryje, rozumiejąc ją przez to opacznie. Najczęściej w kategoriach zewnętrzno cielesnych, rzadko, coraz rzadziej, wewnętrzno duchowych.

Bliskość to często słowo wytrych. Niby oczywiste, niby wszyscy wiedzą, ale koniec końców nie ma jasności czym naprawdę jest.

Najczęściej wiążemy ją tylko z tą częścią człowieka, która nam się podoba, którą akceptujemy. A taka prawdziwa bliskość to bycie z kimś, kto nie jest szczególny, wyjątkowy, a pomimo to dzieje się dobro w tej relacji.

Ta prawdziwa bliskość to taka, kiedy ludzie znają swoje zalety, ale i wady, jednak przeciwko sobie ich nie wykorzystują. A ponieważ dziś, powszechnością jest wykorzystywanie przeciwko sobie tak wad, jak i zalet więc i bliskości wcale.

Felieton dla TVP3 Katowice – 30. 05. 21 – (Mt 28, 16-20)


Wniebowstąpienie Pańskie – 16.05.2021

Świąteczno niedzielnie wspominamy Wniebowstąpienie Pańskie. Gdyby zrobić w naszym religijnym kalendarzu taki szybki przegląd ważności świąt, to łatwo zauważymy, że Wniebowstąpienie Pańskie poczesnego miejsca jednak w nim nie zajmuje.

Najważniejsze to oczywiście Boże Narodzenie. Ono elektryzuje, przykuwa uwagę zewnętrznie aż nadto opakowane. Potem Wielkanoc, choć to ona powinna być pierwsza, w centrum, wszak zmartwychwstanie, to sedno, rdzeń naszej wiary. Zesłanie Ducha Świętego trzecie, szczególnie widziane w kontekście początku Kościoła i własnego Bierzmowania. A Wniebowstąpienie tak trochę jakby na zapleczu, w drugiej linii.

Szkoda, że umyka naszej uwadze święto wznoszenia oczu ku górze. Bo to jest naprawdę niesamowite. Bóg w osobie Jezusa z nieba przychodzi na ziemię, żeby przez ziemię wrócić do nieba.

Wznieść oczy ku górze. Zobaczyć perspektywę, horyzont. Zdaje się, że to jest jakaś szczególna potrzeba naszych czasów, bo coraz częściej nasz wzrok skupiamy na tym tylko, co pod nogami, w najbliższej przestrzeni i w krótkiej perspektywie. Coraz częściej sprawiamy wrażenie, jakby doraźność, teraźniejszość, krótko perspektywiczność nas przytłaczała utrudniając podnoszenie oczu ku górze.

Żeby jednak móc wznosić oczy ku górze w sprawach fundamentalnych, dobrze jest zacząć od zupełnie przyziemnych i poszerzyć swoje widzenie poza swój własny dom i koniec nosa, bo wcale nie jest tak, że jeśli mnie z innymi jest dobrze i bezpiecznie, to i innym, i to z najbliższego sąsiedztwa, jest ze mną tak samo dobrze i bezpiecznie.

Odważmy się częściej wznosić oczy ku górze, nie żeby zadzierać nosa, choć to przychodzi nam najłatwiej, ale żeby zobaczyć dalej, w szerszej czasowej i przestrzennej perspektywie wbrew coraz mocniej przytłaczającej nas doraźności. A wtedy też i siebie zobaczymy w innych, prawdziwszych proporcjach tak wobec bliźnich i siebie samych.

Felieton dla TVP3 Katowice. – 16. 05. 21. – (Mk 16,15-20)


Nikt nie ma większej miłości… – 9.05.2021

Szanowni Państwo.

Padają w dzisiejszej Ewangelii mocne, bardzo mocne słowa: Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy kto życie swoje oddaje… Słysząc je pewno ciarki przechodzą nam po plecach.

 Ponieważ to wymaganie rozumiemy bardzo dosłownie, to wydaje się być nie do spełnienia. Tyle, że to dotyczy sytuacji nadzwyczajnych. Taką okazję miał św. Maksymilian Kolbe, 108 męczenników II wojny światowej, czy Maria Biernacka, rozstrzelana w miejsce synowej w ciąży, co też uprosiła. Ryzykują życie ratujący zasypanych górników, uwięzionych przez pożar, zagubionych w górach, pielęgnujący chorych na cholerę, dżumę, czy covid.

Tymczasem rzadko który człowiek, co zauważył już św. Grzegorz Wielki, ma w ogóle szansę oddać życie za bliźniego.

I pyta: czyżby więc nauka Pana Jezusa o oddaniu życia za przyjaciół była pustym słowem, która większości z nas nie dotyczy?

I sam też odpowiada, a przypomnę, żył prawie 1500 lat temu: wszyscy, i to na co dzień, jesteśmy powołani do poświęcania naszym bliźnim swojego serca, swego czasu, niekiedy też pieniędzy.

 Oddawaniem życia jest także radowanie się sukcesem, powodzeniem, dobrem bliźniego także, a może przede wszystkim wtedy, kiedy nam samym podobnego nie udało się osiągnąć, mimo że się staraliśmy.

I w tym kontekście bardzo trafne i wiele mówiące jest to zdanie: oddać życie dla dzieła kogoś innego. No właśnie.

Z tym oddawaniem życia jest trochę tak, jak z solą, o której ktoś napisał tak: Nikt nie podziwia soli samej w sobie. Ona czeka na to, by ją dodać do potrawy. Po dodaniu także nikt nie mówi o smacznej soli, tylko o smacznym daniu. Sól pozostaje w cieniu.

Oddawanie życia, to być dla bliźniego, otoczenia, środowiska, towarzystwa jak sól, dając ich życiu smak, samemu pozostając w cieniu.

Teraz rozumiem to Jezusowe: wy jesteście solę ziemi… Tylko czy jesteśmy? Mam bardzo poważne wątpliwości. Jeśli zaś nie jesteśmy, bo zwietrzeliśmy, to też nie ma się co dziwić coraz większej jałowości nie tylko własnego życia.

Felieton dla TVP3 Katowice. – 09. 05. 21. – (J 15  9-17)


Trwać – 2.05.2021

Mili Państwo.

W przypadającym na dziś fragmencie Janowej Ewangelii moją uwagę przykuło jedno słowo. W tych ledwie 8 wersetach aż 6 razy powtarza się słowo trwać.

I to mnie zaintrygowało. Zacząłem liczyć. Pobieżnie tylko licząc wyszło mi, że w Ewangeliach słowo trwać w różnych konfiguracjach pojawia 14 razy, a w Dziejach Apostolskich i Listach 89 razy. W sumie tylko w Nowym Testamencie, to prawie 100 razy.

I pomyślałem, że to musi coś znaczyć.

Przywołam parę tylko cytatów: „przez swoją wytrwałość ocalicie (…) życie…”, „kto miłuje swego brata (…) trwa w światłości”…, „bądźcie wytrwali i niezachwiani…”, „miejcie wytrwałą miłość jedni ku drugim…”, „szlachetny (…) człowiek zamierza rzeczy szlachetne
i trwa statecznie w szlachetnym działaniu…”.

 A jeśli tak, to zdaje się  recepta nie tylko na życie wieczne, ale i na udane życie na ziemi wydaje się być dość prosta – wystarczy trwać! Jednak każdy z nas, kto próbował, albo próbuje, w co chcę wierzyć, dobrze wie i o czym się pewno nie raz przekonał, że to chyba najtrudniejsza życiowa praktyka, szczególnie naszego dzisiejszego życia, w którym trwałości, wytrwałości, stałości, a w konsekwencji i wierności, jak na lekarstwo.

Pan Bóg, Kościół, nie tylko przykazania, ale już i zasady, prawda, dobro wspólne, prawość, zwykła przyzwoitość, inaczej myślący i żyjący, skądinąd pochodzący przeszkadzają, uwierają, nie pozwalają cieszyć się pełnią tutejszego, ziemskiego życia, o staraniu się o to przyszłe nawet nie wspominając.

Nasze życie jest coraz bardziej rozedrgane, rozdygotane i rozchwiane, co nie tylko że coraz mocniej czujemy, ale i też coraz częściej i głośniej o tym mówimy.

Tyle tylko, że ono nie może być inne, skoro trwałość, wytrwałość, wierność i stałość zastąpiliśmy zmiennością i zamiennością, chwiejnością, niewiernością i niestałością. I dotyczy to wszystkiego i we wszystkim.    

Calvin Coolidge, amerykański polityk, powiedział kiedyś tak: Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość jest wszechmocna. Chyba czas najwyższy, żeby z nią się przeprosić.

Felieton dla TVP3 Katowice – 02. 05. 2021 – (J 15,1-8)


Chrystus Dobrym Pasterzem – 25.04.2021

Szanowni Państwo.

W katakumbach św. Kaliksta, najstarszym cmentarzu chrześcijańskim w Rzymie można zobaczyć pierwszy chyba, bo z połowy II w. naszej ery, wizerunek Chrystusa – dobrego pasterza, niosącego na ramionach zagubioną owcę.

To fakt, kogoś musimy sobie obrać za pasterza, przewodnika, na kim chcemy się oprzeć, komu zaufać. Każdy na kimś jest oparty i na każdym z nas ktoś się opiera.

Tak mi się zdaje, że kandydatów na liderów i pasterzy jest bez liku. Chętnych by przewodzić, pasterzować, prowadzić aż nadto. Robią wszystko byśmy ich posłuchali, za nimi poszli. Wszyscy chcą prowadzić i przewodzić, a mało kto chce być prowadzonym.    

Logika dzisiejszych kandydatów na pasterzy oparta jest przede wszystkim na obiecywaniu, a miarą dobrego pasterza jest odwaga na decyzję wizerunkowo i popularnościowo nieopłacalną.

            Oferujący nam siebie za liderów i pasterzy mają zwykle usta pełne słów, okrągłych zdań, obietnic, które zresztą sami chcemy słyszeć i które łechcą nasze uszy.

Ten wzorcowy pasterz nie kalkuluje, nie opowiada, jak trudna decyzja przed nim, ile ryzykuje, tylko ją podejmuje, bo idzie o dobro, bezpieczeństwo i to nic, że czasem tylko pojedyncze. 

            Im bardziej przyglądam dzisiejszym pasterzom i liderom, i tym bardzo chcącym nimi być, mam przed oczami przeciwieństwo pasterza – najemnika. Może dlatego, że jego ambicją jest osobisty sukces, a to dziś najważniejsze. Może przez to, że chłodna kalkulacja opłacalności ważniejsza jest niż empatia i współczucie.  I dlatego najpierw zadba o siebie, nawet dezerterując niż o dobro jemu powierzonych w zgodzie zresztą z logiką pierwszeństwa myślenia i dbania o siebie.   

            Mam wrażenie, że w dzisiejszych różno środowiskowych pasterzach i liderach, więcej jest niestety z najemnika niż z dobrego pasterza, więcej z logiki wynajęcia niż powołania. 

Może dlatego coraz trudniej przychodzi nam rozpoznać i powiedzieć o kimś: to jest Ktoś. Bo to nie urząd czy funkcja czynią kogoś Kimś, osobowością, a sposób jej sprawowania. Ile w nim z pasterza, a ile z najemnika.  Jasne, potrzebujemy pasterzy nie najemników, ale to wymaganie musimy postawić też sobie. Bądźmy więc wzajemnie dla siebie bardziej pasterzami niż najemnikami.

Felieton dla TVP3 Katowice. – 25. 04. 2021. – (J 10,11-18)


Macie tu coś do jedzenia? – 18.04.2021

Mili Państwo.

Wyobrażam sobie ich osłupiałe oczy i zastygłe twarze, kiedy usłyszeli to pytanie Zmartwychwstałego: Macie tu coś do jedzenia? On nie tylko zapytał, ale częstował się na ich oczach.

I to w Jezusie jest niesamowite. Przy całej swojej niezwykłości: uzdrawiania, rozmnażania, wskrzeszania i wzniosłości nauczania ośmioma błogosławieństwami i przebaczania nawet wrogom, pozostaje posolicie, nawet banalnie ludzki.

Nie tylko przez to pytanie, ale jedzenie pieczonej ryby pośród tak ważnych i ostatecznych spraw coś nam chce powiedzieć, a może i pokazać? A że na pewno chce, to oczywiste.

Może po prostu tylko tyle i aż tyle, żebyśmy w naszym katolicyzmie nie zapominali o prozaiczności bycia ludźmi. Tak, tak.

Ktoś bardzo trafnie napisał, że człowieka można poznać po ramieniu, po tym, jak patrzy, jak się uśmiecha, ile ma dobra w oczach. A przede wszystkim w sytuacjach zaskakujących, skrajnych, nieoczekiwanych. Czy przyjdzie w gorączce, czy przyniesie leki, czy stanie po dobrej stronie, wytrze łzy, przyniesie herbatę, kawę, cokolwiek. Jaka będzie jego ręka, kiedy zdarzy się Twój sukces, jakie będzie serce. Zazdrosne czy dobre? Człowieka można poznać po tym, jak mocno się dzieli i jak mocno przeżywa. Po wrażliwości w dłoniach. Po uśmiechu w duszy.

I o to właśnie chodzi, o nic innego, żeby żyć tymi wszystkim prozaicznościami życia, jak On, nawet po zmartwychwstaniu.

Może warto sobie przypomnieć, odświeżyć, bo chyba zapomnieliśmy, kiedy jest się człowiekiem?  Antoine de Saint-Exupéry w „Ziemi, planecie ludzi” pisze, że być człowiekiem to być odpowiedzialnym. To znać uczucie wstydu w obliczu nędzy, nawet tej nędzy, której nie jesteśmy winni. To odczuwać dumę ze zwycięstwa odniesionego przez kolegów.

Święta prawda. Jeśli więc coraz mniej jesteśmy dla siebie ludźmi, a jesteśmy, to właśnie dlatego, że nie czujemy już wstydu w obliczu nędzy, a o tej której nie jesteśmy winni nawet nie wspominając i nie potrafimy i nie chcemy cieszyć się zwycięstwami kolegów.

W naszym chrześcijaństwie naprawdę nie musimy wymyślać Bóg wie czego. Ono nie potrzebuje naszych obrzędowo ceremonialnych fajerwerków.  W chrześcijaństwie nie chodzi o bycie dla siebie ludzkimi od święta, a o codzienność człowieczeństwa prozaiczną i banalną.

Felieton dla TVP3 Katowice. – 18. 04. 21. – (Łk 24,35-48)


Już po Oktawowo, ale jeszcze Wielkanocnie

Drodzy Widzowie.

Tomasza, nieobecnego owego pierwszego dnia tygodnia razem z uczniami, kiedy przyszedł Jezus mimo drzwi zamkniętych powszechnie nazywamy niedowiarkiem. Traktujemy go i z jednej strony jest dla nas jak modelowy przykład niewiary, a z drugiej budzi sympatię i ma u nas względy. Może to dlatego, że nie obce nam są podobne wątpliwości i wahania.

Tak naprawdę Tomasz przez swój realizm jest nam bardzo bliski. On nie buja w obłokach, w świecie iluzji, twardo stąpa po ziemi. Ma serce wrażliwe, ale jest praktyczny; ufa swojemu rozsądkowi. I dlatego się, waha, ma wątpliwości…

Nie wierzy kobietom, mówiącym o zmartwychwstaniu, nie wierzy kolegom Apostołom, twardym i zahartowanym ciężką pracą. Nawet własnym oczom nie ufa. Chce wszystkiego dotknąć. Zawiódł się na Jezusie. Zawiódł się na Przyjacielu. Był to zawód tak bolesny, że nie chciał podjąć ryzyka.

On żyje w każdym z nas, zwłaszcza, gdy dotyka nas zranienie, rozczarowanie, zawód, fiasko, niespełnione oczekiwania… To jest bariera, co podcina zaufanie, zamyka w sobie, i buduje ochronne pancerze…

Na dodatek żyjemy dziś w świecie techniki i najważniejsze jest tylko to, co możemy zobaczyć, zważyć, zmierzyć, zanalizować, przeliczyć… Na pierwszym miejscu jest rozum i zmysły. N tajemnicy, ciszy, intuicji, zdziwienia…

Tak jak Tomasz my też, chyba jak nigdy dotąd potrzebujemy od siebie nawzajem cierpliwości. To niecierpliwość jest naszym wrogiem numer. I po to powinniśmy się uczyć akceptować błędy, pomyłki, upadki, niedoskonałości, wątpliwości w wierze, trudności i konflikty. To nie są przeszkody, które trzeba natychmiast usuwać. To są raczej „środki” do naszego wzrostu.

W życiu wcale nie jest najważniejsza doskonałość moralna czy perfekcjonizm duchowy, a tak nam się często zdaje i dlatego wstydzimy się wątpić.

A Erich Remarque napisał tak:

trzeba wierzyć. Wierzyć. Cóż innego nam pozostaje?
– W co?
– W Boga. I w dobro, które tkwi w ludziach.
– Czy pan nigdy nie wątpił?
– Owszem, często. Jakżebym inaczej mógł wierzyć?
I może jeszcze za Lwem Tołstojem: Wątpliwości nie rujnują wiary, lecz ją umacniają.

Felieton dla TVP3 Katowice. – 11. 04. 21. – (J 20,19-31)


Wielki Tydzień skłania do refleksji

Szanowni Państwo.

Przed nami ostatnia prosta Wielkiego Postu. Między wjazdem do Jerozolimy, a Wielkim Piątkiem mija ledwie pięć dni. Entuzjastyczne „Hosanna” i słanie palmowych gałązek od okrzyków „ukrzyżuj,” i gestów pogardy dzielą tylko godziny.

Przyjmowali Go jak króla i na oścież otwierali przed Nim bramy Jerozolimy. Pewno liczyli, że rozwiąże ich problemy, zapewni dostatnie życie, i będą potężni. Ucieleśniał ich pragnienia. Ale kiedy stanął przed nimi bezbronny, upokorzony, niemający nic ani z króla i mesjasza, poczuli się do imentu rozczarowani.

Taki, to nie spełniał ich nadziei. Łatwo podburzeni szybko się odwrócili i wyrzucili Go na śmietnik. Bo Golgota to był wtedy śmietnik Jerozolimy.

„Hosanna” bardzo szybko zamienili na „ukrzyżuj”. Niestety, zdaje się, że jesteśmy do nich coraz bardziej podobni. Tak, tak. Kiedy myślę o tej niestałości, chwiejności ich nastrojów przypomina mi się mój Tata, śp. Alojzy, który często powtarzał, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ.

Ta kibicowska stadionowa logika niby niepostrzeżenie, mimochodem ale bardzo sprawnie opanowała już chyba, i to na dobre, wszystkie przestrzenie naszego życia i społecznego, i politycznego, rodzinno małżeńskiego i kościelnego też.     

Łatwo i szybko wynosimy na piedestały, stawiamy na cokołach, i równie szybko stamtąd z hukiem zrzucamy.

Bez większego trudu przychodzi nam zamieniać komplementy na ubliżanie, afirmację na hejt. Wystarczy, żeby tylko nie spełnią naszych oczekiwań.

Cieniutka jest granica między miłością a nienawiścią. Wystarczy jeden krok.

Victor Hugo powiedział kiedyś, że im mniejsze serce, tym więcej nienawiści. I ma rację. Tak, tak, karleją nam nasze serca, ale jeśli tak, to też nie ma się co dziwić, że tak naprawdę to w drugich chcemy widzieć i kochać nie ich, tylko samych siebie.

A szkoda, bo nienawiść zawsze prowadzi nas na dno, a tylko miłość… potrafi chodzić po wodzie.

I jeszcze za Orwellem: Im dalej społeczeństwo dryfuje od prawdy, tym bardziej nienawidzi tych, którzy ją głoszą. Może więc warto, na pewno warto, jak podpowiada Zygmunt Freud nie mieszać miłości z nienawiścią, co ponoć tylko ludzie to potrafią.

Felieton dla TVP3 Katowice – 28. 03. 21. – (Mk 14,1-15.47; Mk 15,1-39)